Kiedy założyłem bloga, znalazłem milion informacji: zestawienia porad bez których, jak twierdzili specjaliści nie jesteś w stanie prowadzić dobrze swojej strony. Czytałem o tych wszystkich elementach, które sprawiają, że blogowanie przynosi korzyści. Czytałem o przestrogach: jeśli nie zrobisz tego i tamtego, odwiedzać cię będą tylko pojedynczy ludzie, przepadniesz, zginiesz i tak dalej. No i tak się zafiksowałem w technologii, wtyczkach rozszerzających wordpressa, statystykach, tak bardzo szukałem optymalnego rozwiązania dla tekstów, że w końcu poczułem, że jestem zajebiście zmęczony całym tym blogowaniem, tym trzymaniem się harmonogramu wyświetlania nowych postów (posty na FB najlepiej dawać we wtorek ok. 12 i czwartek ok 13- jakoś tak).  Blogowanie stało się relacją: dostarczyciel kontentu- user. Jak teraz o tym myślę to chce mi się rzygać. Robotyka, automatyka, systematyka.

A gdzie ja w tym wszystkim?

Ostatnie dwa tygodnie spędziłem we włoskiej Kalabrii pisząc libretto do opery site- specific. Wystawiliśmy ją, napiszę o tym lada chwila bo to był bardzo ciekawe doświadczenie. Mieszkaliśmy w opuszczonym kinie. Właściciel kina miał dwa psy- parkę, którym się urodziło osiem szczeniaków. Łaziły wszędzie, sikały, plątały się pod nogami. Po trzech dniach przyzwyczailiśmy się do ich obecności, zresztą im dłużej tam byliśmy, tym bardziej każdy z tych psów pokazywał swój własny charakter. Raz Peppe- tak na imię miał właściciel, rozmawiał z Anglią na skajpie. Wysyłał tam co pewien czas transport lokalnych produktów: kiełbas, oliwy, przetworów z bergamotki. Rozmawiał o kolejnej dostawie. Więc negocjują ceny kolejnej dostawy, wszystko idzie tak jak powinno iść i nagle słyszę jak Peppe mówi do swojego kontrahenta: wiesz, nie mogę teraz zająć się tym tematem bo mam tu osiem szczeniaków i w związku z tym mam mnóstwo na głowie.

Tak to się robi w Kalabrii.

Peace, Peppe!

Peppe słuchał sporo muzyki dobrej, wziąłem od niego tylko to:

 

Ilustracja: własna

 

 

 

 

 

Previous post

O pieczeniu jeża w glinie

Next post

Dzień, który się jeszcze nie zaczął