Pewnego wieczoru, będąc już zdrowo wypitym, wypitym na tyle, że zarówno godzina jak i dalsze plany na noc nie odgrywały już większego znaczenia, do stolika przy którym siedział z Justyną, przysiadł się jego dawny kolega.

Próbował ich sobie przedstawić, bardzo się jednak zdziwił kiedy zauważył, że się znają. Była między nimi jakaś zażyłość, choć nie powiedzieli do siebie nawet słowa. To było w jej ruchach, może spojrzeniu – co zarejestrował w swojej zazdrości, której bardzo się wstydził, ale której nie umiał ukryć. Zostali sami kiedy poszła tańczyć. Szybko znalazł się temat: razem pojechali kiedyś z rogatek Łodzi do Holandii. Wtedy jeszcze się nie znali, ich wspólny znajomy, który nagrał pracę, nie pojawił się na miejscu zbiórki choć dzwonili do niego od bladego świtu. Pojechali więc w dwójkę na te roboty, jak to nazywał. To była farma nutrii – hangary z blachy falistej i wybetonowane place. W wolnych chwilach rzucali zwierzętom jabłka patrząc jak kotłują się między sobą walcząc do upadłego. Całe dnie spędzał przy taśmie. Było tam jeszcze kilku czarnych i duet: Chorwat i Serb, którzy przez półtora miesiąca wykłócali się, który kraj ma więcej wspólnego z Europą. Praca była prosta: na taśmie jechały ciała zabitych mechanicznym sposobem zwierząt, oni mieli je obdzierać ze skóry. Od dwudziestu sztuk na godzinę praca robiła się opłacalna więc pierwsze sześć dni tracił. Potem osiągnął zręczność. Stał przy taśmie i ruszając dłońmi robił to, co powinien ale jednocześnie nie było go przy tej taśmie. Z słuchawkami na uszach nucił „Gymnopedie” Satiego. Pamiętał ten czas jako zupełne odłączenie od ruchu swoich rąk. Obserwował je ze spokojem jak wykonują gesty pozornie bezsensowne, myślami wędrując zupełnie gdzie indziej – w rejony proste i przejrzyste. Do poprzedniego dnia na przykład, kiedy wzięli rowery i pojechali do pobliskiego miasteczka, do dzielnicy czerwonych latarni. Tak naprawdę nie była to dzielnica: miasteczko miało jeden burdel, za drogi na nich jak się okazało, więc kupili w sklepie po piwie i wracali śmiejąc się ze swojej szczeniackości, popijając to obrzydliwe ale i grając w grę, która polegała na tym, że zadawali sobie pytania – a jaki był twój najszczęśliwszy moment w życiu; albo – kiedy najbardziej czułeś się samotny. Pamiętał jeszcze dźwięk siłowni wiatrowych kiedy wracali trasą rowerową do wsi, w której wynajęli przyczepę – spokojny łopot skrzydeł. Beznamiętny, zupełnie jakby należał do porządku chmur.

Tamtego wieczoru, kiedy zostawiła ich na chwilę, przy stoliku dogadali się w imię tej starej przyjaźni, że ona jest aktualną partnerką ich obu. Chcieli nawet to wyjaśniać, w jakiś sposób zracjonalizować, nie chodziło tu przecież tylko o sprawy fizyczne – i jeden i drugi uważali, że ich związki (z tą samą kobietą) to coś więcej, o ile można tak w ogóle powiedzieć. Więc siedzieli do piątej rano w huku techno, paląc papierosy i próbując porównywać kalendarze: dokładnie, ta kurwa, jak już ją nazywał w myślach, lawirowała między nimi. Chcieli nawet to wyjaśnić ale wiedzieli, że nie stanie się to tej nocy: nie wróciła od godziny  do stolika, telefon był wyłączony. Podali sobie rękę bez gniewu. Zasypiał w stanie, jak to nazwał, całkowitego rozgoryczenia.

Następnego dnia zadzwoniła. Przepraszała, bo padł jej telefon, koleżanka jechała taksówką do domu, zabrała się z nią wiedząc, że oni – chłopcy – jak mówiła, chcą sobie porozmawiać. Mówiła tak, jakby nic się nie stało, jakby nie wiedziała o tym o czym oni już wiedzą a on z każdym jej słowem słabł bo przecież ona nie może tak udawać – myślał –  to niemożliwe. Na końcu wyszeptała żeby do nie przyjechał na popołudnie i wieczór: kup dwa piwa, obejrzymy coś, pójdziemy spać, sobotę zróbmy spokojną.

Nie była sama. Na skórzanym fotelu siedział kolega. Popijał piwo, palił papierosa, widać było, że nie wie jak się zachować. Potem zrobiło się ciężko, Justyna zaczęła śmiać się nerwowo mówiąc, że dłużej tego nie wytrzyma. Właściwie nie wiadomo było czego: tego spotkania w jej mieszkaniu czy trwającej kilka miesięcy podwójnej relacji.  Z początku przyjęli, w imię dawnej przyjaźni, wspólny front. Zaatakowali ją, przez chwilę było tak, jakby znów jechali tymi rowerami po holenderskiej prowincji, oni w dwójkę kontra reszta świata, żeby po chwili, być może przez jej obojętność, rzucić się na siebie z pięściami. Pierwszy pękł szklany stolik, zaraz potem poleciała płyta biurka stojąca na dwóch kozłach, Justyna zdążyła tylko przepychając się między nimi, z krzykiem zdjąć komputer, na którym właśnie przygotowywała swoją nową wystawę – była artystką wizualną. Suszarka, na której wisiały jej ciuchy została połamana, drzwi prowadzące na korytarz straciły szybę. Tłukli się tak jakby chcieli się zabić, w końcu kolega wyszedł wybijając pięścią szkło w drzwiach toalety. Oni zostali. Kochali się na kanapie w kawałkach szkła. Nigdy wcześniej nie czuł takiej namiętności. Straceńczej bo wiedział, przeczuwał to, że tego co się wydarzyło nie da się dalej, wspólnie unieść. Nie zapytał jej nawet dlaczego tak wyszło. Tam na tej kanapie namiętność była tak samo wyraźna jak ból zapuchniętego oka i drobiny szkła, które wbiły mu się w udo i właściwie to mu wystarczyło. Potem leżał jeszcze na niej, ciężko oddychając z zamkniętymi oczyma a ona lizała jego pękniętą brew.

W końcu naga, z papierosem w ustach zaczęła porządkować rzeczy. On podniósł z ziemi butelkę piwa, która spadła ze stolika i wypił kilka łyków, które zostały na dnie. Ona wpadła w panikę. Szukała coraz szybciej, poruszała rękoma niemal mechanicznie, w milczeniu podnosiła rzeczy z podłogi i je odrzucała. Zginął dysk. Z pewnością to on zabrał go ze sobą w ramach zemsty za bójkę albo złamane serce, jeśli w ogóle to jest możliwe; to był dysk o pojemności terabajta na którym miała swoje filmy i całą dokumentację artystyczną. Ubrała się szybko, nie chciała go nawet pocałować, wybiegła zostawiając go w tym zdemolowanym mieszkaniu. Po jej wyjściu poczuł ból ciała. Siedział chwilę na kanapie myśląc, że godzina jest wczesna i najchętniej pojechałby do siebie na Ochotę. Założył spodnie, w skarpetce miał kawałek szkła, który zranił go w piętę; potem, idąc na przystanek będzie musiał usiąść na murku, zdjąć but i delikatnie usunąć drobinę. Podniósł kurtkę z ziemi. Pod kurtką leżał dysk.

Z początku chciał zrobić coś ostentacyjnego. Znalazł młotek i gwóźdź w skrzynce na narzędzia, przyłożył gwóźdź idealnie w środek czarnego kwadratu. Nie uderzył. Schował go do kieszeni i wyszedł na ulicę. Była osiemnasta, niemal pusto, szedł w kierunku przystanku autobusowego myśląc, że nie może przecież niszczyć tego piękna, które zaistniało, piękna nieoznaczoności, jakimś ordynarnym aktem zemsty. Lepiej będzie, jeśli to wszystko zamknie się w niedopowiedzeniu, jeśli już tak – niedopowiedzeniem się zaczęło. – Justyna – mówił – Justynka, moja Justynka, nigdy się nie dowie kto zabrał dysk. Minął gęsto zaparkowane samochody, z boku bloku zobaczył kontener jakie stawia się, kiedy remont wymaga wywożenia gruzu. Tam wrzucił dysk. Autobus przyjechał po dwudziestu minutach.

 

 

Previous post

Samarkanda, miasto z ciemności

Next post

Tu, czyli na przykład nigdzie