Wyobraź sobie przeciętnego człowieka z jego smutkami, które nosi w sobie. Z pracą, której poświęca niemal cały dzień a której nienawidzi. Z niepoukładanym życiem prywatnym. Wyobraź sobie jego rozpacz i bezsilność w jakiej się znajduje nie mogąc zmienić swojego życia, które przelatuje mu przez palce.

Pewnego dnia okazuje się, że życie jakie sobie wymarzył jest w zasięgu ręki. Okazuje się, że istnieje organizacja, która oferuje mu pomoc: da wsparcie, pieniądze, wymarzoną pracę, słowem: sprawi, że spełnią się jego marzenia. Jest tylko jeden problem: musi uroczyście przyznać, że wierzy w idee, która ta organizacja głosi. Jeśli będzie posłuszny jej wymogom (które może łamać w ukryciu- wszyscy tak robią) osiągnie swoje wymarzone cele.

Proste? Proste.

Oczywistość odwołania do popularności faszyzmu, czy komunizmu ciśnie się do głowy każdemu kto choć trochę zna początkowe okresy rozwoju tych ideologii. Na naszym podwórku w ten sam sposób zapełniały się szeregi Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Nie szukam daleko: mój dziadek przyjął legitymację partyjną, żeby móc pracować w przedsiębiorstwie państwowym na stanowisku głównego księgowego. W gruncie rzeczy brzydził się strukturą, ideologią, jednomyślnością. Potrzebował jedynie oparcia.

Bo dla szczęścia jesteśmy w stanie zrobić wiele. Nawet zmienić wiarę, jeśli nowa zagwarantuje natychmiastowe korzyści. Tak mówi Michael Houellebecq w „Uległości” (W.A.B, wrzesień 2015).

„Uległość” to wyjątkowa książka. Wyjątkowa ze względu na swój publicystyczny charakter jak i moment, w którym się ukazuje we Francji: właśnie wybuchają bomby podłożone pod redakcję satyrycznego czasopisma „Charlie Hebdo”; autostradami z południa ciągną dziesiątki tysięcy muzułmańskich uchodźców, w mediach toczy się dyskusja nad islamizacją Europy. Houellebecquesowskie political-fiction osadzone w 2022 roku jeszcze podkręca antyislamskie lęki: oto po drugiej kadencji Francoise Hollande’a wybory wygrywa popierane przez socjalistów i umiarkowaną prawicę Bractwo Muzułmańskie. Wprowadzony zostaje szariat, z ulic znikają spódniczki. Europa jest pozamiatana.

Wizja przedstawiona w książce jest na tyle radykalna, że autorowi krytyka zarzuca rasizm, islamofobię oraz prawicowe skłonności.

Główny bohater powieści, 44-letni profesor literatury z Sorbony nie odnajduje się w nowej zislamizowanej rzeczywistości. W gruncie rzeczy nie chodzi o jakikolwiek sprzeciw. Jest oportunistą ale na jego nieszczęście, traci etat. Sorbona staje się prywatną placówką finansowaną przez bogatą rodzinę Saudów; nie ma na niej miejsca dla wykładowców o liberalnych poglądach. Dodatkowo, jak zwykle u autora „Możliwości wyspy” bohater jest samotny, szuka spełnienia w przygodnym seksie z młodszymi o połowę kobietami, odżywia się jedzeniem zamawianym do domu. Cierpi i wie, że będzie coraz gorzej.

Propozycja przejścia na Islam rozbudza w nim nadzieje. Obietnica nagroda jest klarowna i natychmiastowa: powrót na uczelnię a więc możliwość kontynuacji kariery za porządne pieniądze, trzy młode żony, które wkrótce poślubi. Wszystko znów będzie ok.

Krytyka dostrzega w symbolicznym akcie konwersji konserwatywne odwrócenie się od bezideowego liberalizmu laickiej, umierającej w konwulsjach Europy. Wydaje się jednak, że ci, którzy wskazują na poszukiwanie przez głównego bohatera wyższych wartości w Islamie są w błędzie. Oczywiście, pustka duchowa, która go trawi ma szansę rozwiać się w łasce Allaha, wystarczy być tylko uległym aby otrzymać perspektywę (obietnicę) odnalezienia sensu życia. Ale jego rzekome religijne nawrócenie okazuje się czysto pragmatyczne. Jako znawca twórczości Jorisa- Karla Huysmansa (dekadenta, który po latach spędzonych w burdelach zamieszkał jako świecki mnich w celi benedyktyńskiego opactwa w Liguge we Francji) udaje się w jego miejsce odosobnienia, żeby tam odszukać spokój ducha. Daremnie. Prozaiczne przeszkody są dla niego zbyt trudne do pokonania: nie można palić w celi, denerwują go obrzędy. Benedyktyńska praktyka nic nie oferuje poza żmudną pracą nad sobą. Wraca do domu po kilku dniach dochodząc do wniosku, że Islam z jego natychmiastowymi korzyściami wydaje się być rozwiązaniem idealnym.

W ten sposób uwidacznia się motor działania bohatera „Uległości”. Oddanie się Allahowi nie jest aktem duchowym, bo na to 44- letni profesor literatury nie ma siły, ale doraźną metodą na poprawienie swojego statusu społecznego, zawodowego oraz prywatnego. Dokonując konwersji nie widzi życia wiecznego a jedynie trzy młode żony, które zrzucają z siebie burki i w wyszukanej bieliźnie wchodzą do jego łóżka oferując mu swoją kobiecą, tak bardzo pożądaną uległość.

Patrząc w ten sposób na „Uległość”, możemy zważyć ciężar naszej słabości a co za tym idzie rozpaczy. Bezsilni wobec samych siebie i własnych ograniczeń, niezdolni do puszczenia się (uległości wobec wiary), niezdolni do oddania się bogu możemy tylko uciekać z tonącego europejskiego okrętu na wysepkę własnej prywatności, której bezpieczeństwo gwarantuje dawny wróg a teraz sprzymierzeniec i patron: Islam. I tak kończy się właśnie Europa. Bo w sumie wizja Houellebecqa jest klarowna: nie potrzebujemy boga. Potrzebujemy wsparcia. A jeśli daje je religia, to czemu nie. Chrześcijaństwo umarło, Islam żyje. Bóg, który przecież nie istnieje powinien działać jak restauracje „drive thru”: podjeżdżasz, zamawiasz, z okienka wychodzi ręka i daje ci to, czego akurat chciałeś.

Reszta niech się pierdoli.

 

„Uległość” Michelle Houellebecq, W.A.B. 2015. Przełożyła Beata Geppert.

 

Ilustracja:  Google Images [CC-BY-SA-3.0]

Previous post

Trzynasta praca Herkulesa

Next post

Trzy kominy na horyzoncie