Pamiętam z tamtej szkoły tylko gigantyczne korytarze wysmarowane pastą do podłóg. W przerwach między lekcjami biegaliśmy po nich bawiąc się w berka. Najlepszym zagraniem było tak manewrować między spacerującymi dzieciakami, żeby wybiec naprzeciw goniącego nas chłopaka. Kiedy przeciwnik się zbliżał i wyciągał rękę trzeba było rzucić się na kolana i na tych kolanach sunąć pod jego ręką jak po lodowisku. Pieprzyć spodnie, które matka będzie musiała prać, pieprzyć wszystko. Sunięcie jak po lodzie było w tej szkole najlepsze.

Jej gmach stał na osiedlu górniczym na którym się wychowałem. Osiedle było w budowie. Cześć bloków była zamieszkana, część zaledwie okryta rusztowaniami. Ale wszystko działało już swoim porządkiem. Bladym świtem górnicy z kopalni Polkowice i hutnicy z Huty Miedzi Głogów ładowali się do swoich autobusów, które wywoziły ich do miejsc pracy. Kilka godzin później z klatek schodowych bloków wyłaziły zaspane dzieciaki i szły do swojej szkoły. Szkoły tysiąclecia. Mężczyźni wracali późnym popołudniem podpici. Sąsiad z czwartego piętra wspinał się leniwie stopień po stopniu i gwizdał.

Kopalni nigdy nie widziałem, była za daleko. Za to kominy huty widać było na horyzoncie- wystarczyło wyjść poza osiedle, na glinianki. Chodziliśmy tam czasami. Na gliniankach była tajemnica. Jeśli na blokowisku mogliśmy spędzać całe dnie biegając po wykopach pod fundamenty i rzucać się workami z sypkim kurzem nazywając to bombami, glinianki dawały nam poczucie wielkiej wyprawy na granice tego co znajome. Z jednej strony była tam plaża z torami wąskotorówki, które znikały w wodzie, z drugiej strony wznosiła się skarpa. Ze skarpy jeziorko w dole wydawało się maleńkim, bezpiecznym zbiornikiem wody. Ale znaliśmy jego wszystkie tajemnice. Wiedzieliśmy o tym, że pod wodą znajdują się koparki, których nie udało się na czas wyciągnąć, że woda, która wybiła z ziemi zatopiła także sznur wagoników, którymi wywożono piasek. Znaliśmy historię o ludziach, którzy utonęli wciągnięci przez wiry a nawet o nurku, który zaplątał się w jakąś siatkę ochronną i został po wodą na zawsze w swojej masce i płetwach.

Pewnego dnia dowiedzieliśmy się, że huta będzie wyburzała jeden z kominów. Od dwóch dni- tak mówił syn jednego z hutników- podkładane są ładunki wybuchowe i dziś, około godziny dwunastej nastąpi eksplozja. Na długiej przerwie pobiegliśmy w czwórkę w stronę skarpy, z której widok na hutę był najlepszy. Przebiegliśmy w upale czerwcowego dnia przez pas ogródków działkowych, w których zapach kwiatów i drzew owocowych wydawał się zagęszczać powietrze. Wbiegliśmy polną droga na skarpę i łapiąc powietrze, z trudem przełykając ślinę stanęliśmy twarzą w twarz z horyzontem, na którym widać było cztery kominy leniwie puszczające w niebo biały dym. Świergot ptaków, gorące słońce, spierzchnięte z pragnienia usta. Staliśmy tak przez pięć, może dziesięć minut wypatrując ruchu w hucie, opowiadaliśmy sobie o tym jak będzie wyglądał lecący komin, jak głośna będzie eksplozja. Nic się jednak nie działo. Zupełnie nic. Dym z kominów, falujące łany zbóż, skowronek gdzieś wysoko. W końcu uznaliśmy, że trzeba ruszać z powrotem. Długa przerwa zaraz się skończy i musimy wrócić tam- do klas i nużącego rytmu, który można było rozbijać jedynie goniąc się po wypastowanych podłogach.

Szliśmy ścieżką w dół mówiąc do siebie, że trafić na moment wyburzania było niemal niemożliwym. Przyjdziemy innym razem, mówi się trudno. Nie chciało nam się biec. Nikt nie miał siły. Na granicy lasu, który miał zakryć widok odwróciliśmy się jeszcze jeden raz, żeby zobaczyć panoramę.

Zamiast czterech kominów stały tylko trzy. Po chwili dobiegł do nas opóźniony, zduszony odległością ale wciąż słyszalny dźwięk eksplozji.

Biegliśmy w dół jak na skrzydłach.

 

Grafika: Własna

 

Previous post

Uległość jako walka o swoje

Next post

Pisarz pomylony z zupą miso