Relacja polityki i literatury jest płynna a skutki gestu politycznego jakim jest tekst, zależą od momentu jego powstania. Jeśli tak jest faktycznie, świat znaków leży znacznie bliżej świata natury niż mogło się wydawać. 

Przysłuchiwałem się ostatnio rozmowie dwóch pisarek, dwóch pisarzy i krytyka literackiego, zatytułowanej „Literatura w polityce, polityka w literaturze”. Było to na festiwalu „Apostrof”. Uczestnicy panelu przywołali jako jeden z przykładów książki politycznej „Czarodziejską górę”  Tomasza Manna co uznałem za znak, bo akurat ją czytam.

Lektura idzie jak po grudzie. Nie przymierzając, czuję się jak student prawa przed egzaminem z „Historii ustroju państwa”: wiesz, że jest to książka o skończonej objętości, wiesz jednocześnie, że i tak przegrałeś bo nie obejmiesz.

Niemniej  nie mogę wyjść ze zdziwienia w jaki sposób „Czarodziejska góra” została zrobiona. Cała aura alpejskiego sanatorium w Davos – ten, wszechobecny klimat utraty i rozpadu, paradoksalnie buduje w czytelniku przeświadczenie o ostatecznej organiczności istnienia. Mann idealnie ujął płynność wszelkiego rodzaju idei, nietrwałość poglądów, śmieszność wielkich narracji, za którymi ostatecznie czai się pustka. Nietrwałość nie jest jednak w „Czarodziejskiej górze” nietrwałością skończoną a rozpad nie jest definitywnym końcem. Bardziej chodzi tu o trwanie w braku oparcia, mglistości.  Nic nie jest pewne do końca.

Pleśnie zamiast fundamentów.

Nawet relacja polityki i literatury jest płynna. Skutki gestu politycznego jakim jest tekst, zależą od momentu jego powstania. Z jednej strony mamy bowiem teksty (dalej przytoczę książki omawiane na spotkaniu), które powstają jako komentarz do zaistniałej sytuacji społecznej –  taka jest „Uległość” Michela Houellebecq’a, takie było również „Kinderszenen”, Jarosława Marii Rymkiewicza. Z drugiej strony mamy książki, których polityczność jest ukryta i objawia się dopiero po czasie. Są to teksty, które obrazują to, co w chwili ich wydania jest już obecne ale jeszcze nienazywalne. Ich czytanie jest więc obcowaniem z poszerzoną rzeczywistością, rzeczywistością – można powiedzieć – pełniejszą niż sama rzeczywistość. I taką książką jest właśnie „Czarodziejska Góra”.

Wyobrażam sobie więc tekst jako dynamiczną formułę.  Sens tekstu zmienia się, zależy od stanu wiedzy czytającego. Oznacza to, że znaczenie tekstu samo w sobie ostatecznie jest nieuchwytne. To bardzo dobre uczucie: dotrzeć do momentu, w którym ma się przeświadczenie, że system znaków jest systemem dynamicznym, żyjącym własnym życiem  a więc na swój sposób nieobiektywnym. Wadliwym a jednocześni spełnionym do końca. Może to jest punkt, w którym relacja natura – kultura staje się nie tyle antagonizmem co wibracją złożoną z empirii i znaków.

I nawet czas, który zmienia książki jest pojęciem względnym.

Hans Castorp mówi do swojego kuzyna Joahima, tuż przed leżakowaniem, pierwszego dnia w uzdrowisku Davos:  Ale co właściwie jest naszym organem czasu? Czy możesz mi go wymienić? […] jakżeż możemy chcieć mierzyć coś, o czym, ściśle mówiąc, nic nie wiemy, czego żadnej, absolutnie żadnej cechy nie znamy?  Mówimy czas upływa. Pięknie, niech sobie upływa, ale ażeby móc go mierzyć…. Zaraz! Ażeby być wymierzalnym musiałby przecież płynąć jednostajnie, a gdzie jest napisane, że tak właśnie się dzieje? Dla naszej świadomości na pewno tak nie jest, a przyjmujemy to tylko gwoli ładu i nasze miary to przecież tylko konwencja.

Czy każdy tekst jest zatem milionem tekstów?

 

Cytat z „Czarodziejskiej góry” w przekładzie Józefa Kramsztyka, Warszawa, Czytelnik 1956

[fot: własne]

 

 

 

ZapiszZapisz

ZapiszZapisz

Previous post

Iluzja jako zgoda

Next post

O czym są "Koliste jeziora Białorusi"?