Mówili mi, że tam jest ale przez zamglenie nie jestem w stanie go dostrzec. – Pokaże się, kiedy będzie w końcu dobra pogoda- mówili. Dni były słoneczne, czterdzieści stopni  w cieniu, morze płaskie jak blat a wulkanu jak nie było tak nie ma.W końcu po tygodniu ktoś pociągnął mnie na taras: zobacz. Jest. Wyspa, która jest wulkanem. Rozmyty stożek, który po dwudziestu minutach znika zasłonięty chmurami. Wiedziałem tylko, że jest aktywny. Co piętnaście minut następuje eksplozja, na wyspie jest tylko jedna wieś. Potem pewien Włoch powiedział mi, że utrzymuje się tam specyficzna atmosfera- coś pomiędzy odosobnieniem a poczuciem, że jest się jednak na żywej, pracującej materii. Mówił: jest tam trochę tak, jakby ziemia wspinała się a potem gdzieś wysoko nagle zapadała w głąb samej siebie. I czas płynie tam inaczej: wolniej. Nie da się tego wyczuć przypływając z kontynentu promem, tak jak to robią turyści, który rano o dziewiątej lądują na wyspie, żeby o siedemnastej zniknąć. Trzeba tam posiedzieć. Pomieszkać. Dopiero wtedy, po dziesięciu dniach, może więcej, czas wyraźnie spowalnia, dni się wydłużają, aż w końcu zostaje się w tej wyrwie czasowej. Chyba o to chodzi. O trwanie.

Oglądałem go przez następne kilka dni. Lornetka nie pomagała: kontur był większy ale wciąż był tylko konturem: nierówny trójkąt wystający z wody na horyzoncie. Opanowała mnie jakaś dziwna pasja. Niby pracowałem, niby byłem czymś zajęty ale wciąż rzucałem okiem w to miejsce. Tak naprawdę nie miało to większego znaczenia czy jest widoczny czy nie. To szukanie po horyzoncie było równie atrakcyjne co patrzenia na jego kształt. Morze w słoneczne dni było szaroniebieskie, czasem kiedy pojawiały się kłębiaste chmury robiło się granatowe. Tankowce przesuwały się idąc w stronę Sardynii. Były jeszcze pojedyncze punkty: małe kutry rybackie. Czekanie. Strasznie się nakręciłem.

Postanowiłem, że tam pojadę. Wezmę prom i pojadę tam, pomieszkam. A potem zdałem sobie sprawę, że kiedy tylko zejdę na wyspę, cała przyjemność się skończy. Skonfrontuję to, co wiem, co mi powiedziano, z tym co tam zobaczę. Czarna wulkaniczna skała z pewnością nie będzie taka czarna, wieś będzie pewnie pełna turystów, zamieranie życia po dwudziestej drugiej nie będzie takie wyraźne. Pomyślałem, że być może to, co dzieje się teraz: to oczekiwanie jest najpiękniejszą relacją z tym miejscem jaką mogę mieć. Ile jest takich punktów, które przez swoją niedostępność stały się moją obsesją? Aden ogarnięty jakąś lokalną wojną podsycaną przez Iran i Arabię Saudyjską. Aden zresztą także leży na zboczu wulkanu. Albo Timbuktu: miasto na pustyni z wielką stara biblioteką, taki cień drzewa, pod którym chowali się od tysięcy lat Tuaregowie w swoich wędrówkach po Saharze. Potem Tuaregowie połączyli się z Al- Kaidą i zrobili sobie małe piekło na ziemi do którego lepiej nie wchodzić. Albo ten krater w Indiach, nawet nie wiem gdzie on jest. Wiem tylko, że wokół niego wybudowano mnóstwo świątyń hinduistycznych o tak dziwnej atmosferze, że wydaje się, że architekci i rzeźbiarze byli pod wpływem wibracji tego miejsca. Świątynie wydają się być przynajmniej dziwne. Więc mogę to zrobić: jechać. Dotrzeć na ten wulkan, wziąć pokój, całe dnie pisać albo łazić po okolicy. Po dziesięciu dniach, kiedy już faktycznie poczuję tą zmianę upływu czasu i oswoję się z nią, zrobię coś żałosnego: zapłacę za wycieczkę z przewodnikiem, bo tylko z przewodnikiem można iść na wulkan i pójdę. W końcu tam dotrę. Ok, marzenie skasowane, można wracać. Myślę, że tak działają wulkany i te inne fantastyczne miejsca.

 

 

 

Previous post

Dzień, który się jeszcze nie zaczął

Next post

Najbardziej świecące przedmioty