Przyśnił mi się Jarosław Kaczyński. W tym śnie jechałem samochodem, było późno i zmęczony zatrzymałem się w zajeździe Kmieć w okolicach Słupcy. W recepcji kobieta powiedziała mi, że jest tylko jedno łóżko wolne i że będę miał towarzystwo.

Na drugim łóżku będzie spał Jarosław Kaczyński. Już wtedy wiedziałem, że to sen, bo widok BOR-owców kręcących się po recepcji i wizja nocy spędzonej z Jarosławem Kaczyńskim w jednym pokoju były tak nierealne, że nie mogło się to dziać naprawdę. Wziąłem jednak klucz i poszedłem na pierwsze piętro.

Już spałem kiedy wrócił. Usiadł na łóżku i zdjął buty. Odwiesił marynarkę. Dochodziła druga w nocy i słyszałem jak się krząta w łazience. Nie odzywałem się bo nie wiedziałem co mam powiedzieć. Jego obecność trochę mnie jednak onieśmielała. Wrócił w koszulce na naramkach i majtkach. Położył się. Zachowywał się tak jakby mnie nie widział. Po chwili zgasił nocną lampkę. Nie mogłem zasnąć. Potem usłyszałem jego głos. Zapytał skąd jestem. Powiedziałem, że wychowałem się w Poznaniu ale od pół roku mieszkam w Warszawie. Zapytał jak mi się podoba miasto. Porównywaliśmy przez chwilę Saską Kępę na której mieszkam i jego Żoliborz. Potem on opowiadał o swoim dzieciństwie. Słuchałem tego zdziwiony. Oto leżę w łóżku w zajeździe Kmieć a łóżko obok mnie leży Jarosław Kaczyński, który mówi. Wspominał swoje dzieciństwo na dzielnicy, pierwszą przejażdżkę samochodem. Mówił: to było bardzo dziwne. Przez moment bałem się, że zapyta mnie o Polskę albo moje wybory polityczne. Nie chciałem tego. Miałem przespać w tym łóżku noc a chciałem jednak spać dobrze. Gdyby mnie zapytał, musiałbym powiedzieć, że nigdy na niego nie głosowałem a jego wizje polityczne zupełnie nie są moimi wizjami choć rozumiem jego sposób myślenia. Ale go nie podzielam. Potem zapytał gdzie jadę. Powiedziałem, że jadę na wybrzeże do latarni morskiej. Będę o niej robił materiał. W trosce o swój sen nie zapytał gdzie chcę materiał sprzedać. Podejrzewam, że przemknęła mu przez myśl fraza „media niemieckojęzyczne” albo coś w tym stylu. Zapytał za to czy mam pastę do zębów bo on swojej zapomniał. Powiedziałem, że mam. Taką najlepszą: bez fluoru, od którego kostnieje mózg a jego części odpowiadające za szersze spojrzenie i wrażliwość pozostają nienaruszone.

– Wie Pan, panie premierze – powiedziałem, bo wydawało mi się, że tak trzeba, – że fluor w pastach, zdaniem niektórych jest dodawany po to, żeby podporządkować sobie ludzi?

– Podporządkować sobie ludzi?

– No tak. Fluor sprawia, krótko mówiąc, że mózg obumiera. Ludzie, którzy go przyjmują są bardziej podatni na indoktrynację. Jakąkolwiek. Ale – dodałem – to zdaje się taki sam mit jak chemtrailsy: opryski rozpylane z samolotów nad miastami, żeby ubezwłasnowolnić społeczeństwo.

– Nigdy o tych, jak pan je nazywa, chemtrailsach nie słyszałem. Ani o zgubnym działaniu fluoru – powiedział.

– Ja trochę. Ale nie wierzę. Wie pan – spiskowe teorie dziejów. Ale wielu wierzy. Nawet są całe strony poświęcone temu jak unikać zaczadzeniu chemtrailsami.

W ciemności usłyszałem westchnięcie.

– Ludzie jednak są naiwni. Wystarczy im mówić i wierzą. W każdą bzdurę.

Potem zasnęliśmy.

Rano, kiedy się obudziłem już go nie było. Pościel na jego łóżku była starannie ułożona w kostkę. Za oknem zobaczyłem ostatnią limuzynę która opuszczała szutrowy parking. Jechali w kierunku Warszawy. Wziąłem prysznic myśląc o kawie w motelowej restauracji i trzech dniach spędzonych w latarni morskiej, która na mnie czekała. Umyłem zęby, kosmetyczkę spakowałem do plecaka i wyszedłem na korytarz- długi wąski korytarz, którego kroki tłumiła gęsta wykładzina.

 

 

Previous post

Jak umierała moja Gwiazdka

Next post

Posłuchaj: preferuję wytrzeć twój ryj podłogą