Kilka tygodni temu, w trakcie szukania zupełnie innych informacji, znalazłem się nagle w średniowiecznej Samarkandzie. Przeczytałem o niej niewiele: w tym jednym z najstarszych miast, nazywanym „Lustrem świata” istniało obserwatorium astronomiczne wykute w skale.

Za jego pomocą udało się wyliczyć położenie ponad tysiąca planet i określić długość doby. W Samarkandzie Arabowie siła wydarli Chińczykom tajemnicę produkcji papieru. Wreszcie: Samarkanda opuszczona przez wojska Timura przeżyła najazd mongolski: co ciekawe miasto było bez murów a bronili go tylko mieszkańcy. Poza tym Samarkanda jest wysunięta daleko na wschód, piękna, samotna, odległa.

Pięć, dziesięć minut czytania, zamknięcie książki.

I

Po tygodniu do mnie wraca. Zobaczyłem ją nagle: skupisko monumentalnych budowli na pustkowiu spalonym słońcem. Mówię sobie: wraca do mnie bo jestem marzycielem i lubię sobie wyobrażać rzeczy niemożliwe. Sześćset lat to kawał czasu i tamta Samarkanda już nigdy nie będzie istnieć, więc to mnie najbardziej podnieca.

Ale nie. Nie to. Gdyby to mnie pociągało w tym mieście, poczułbym pustkę w chwili gdy to nazwałem. A nie poczułem.

Tydzień później biegam Parkiem Skaryszewskim. Pada deszcz, jest poniedziałek. Środek dnia, park jest zupełnie pusty, widzę tylko jedną kobietę chroniącą się pod czarnym parasolem. Słucham akurat „Harmony of the Spheres” Joepa Franssena, sprawy dość sakralnej i podniosłej ale jednocześnie, przynajmniej jak na bieganie, całkiem zmieniającej ogląd rzeczywistości. Więc biegnę i nagle widzę jeziorko a po jego drugiej stronie pięknie zaprojektowaną polanę, na której rośnie skupisko drzew iglastych. Nawet nie wiem jakiego gatunku, nie ma to znaczenia ale widzę te drzewa, być może przez muzykę, której słucham, jako owoc pracy ogrodników, którzy lata temu zaplanowali układ parku. Ogrodnicy być może już nie żyją a te drzewa trwają i wciąż robią wrażenie. Zatrzymuję się i patrzę na nie przez moment nie wiedząc co powiedzieć wobec ich nienachalnego piękna.

A! – myślę –  o to chodzi: poruszające jest to trwałe dziedzictwo, które przetrwało setki lat choć ludzie, którzy się do niego przyczynili już nie żyją. Tu jest kwestia Samarkandy, dlaczego do mnie wraca. Obserwatorium astronomiczne, Chińczycy i sprawa papieru: więc może o to chodzi, może to mnie pociąga?

Ale żadnej ulgi. To nie to.

A potem – błysk. Po jednym zdaniu, które słyszę zupełnym przypadkiem. Kobieta, która była na Czarnym Proteście, mówi do mnie: chodziłam pomiędzy ludźmi ze spuszczoną głową, szłam wielkim tłumem czując jego energię. Energię wszystkich ludzi. Była tam prawdziwa wspólnota.

Mam cię Samarkando.

Już wiem.

Kiedy armia mongolska się zbliżała a Timur uciekł z miasta, mieszkańcy pozostawieni sami sobie wpadli z początku w panikę. Wiadomo było co się wydarzy kiedy armia wejdzie do miasta. Potem jednak zaczęli działać. Nagle przemówili jednym głosem i biegając od domu do domu ustalali plan. Na ochotników, do obrony miasta zgłosiło się tysiące obywateli. Miasto nie miało murów, więc każdą z ulic zamknięto wysokimi barykadami. Wejść do śródmieścia można było jedynie główną aleją. Zwiad mongolski wjechał w nią, obrońcy zamknęli ich w pierścieniu i wybili.

Więc to jest to: setki lat temu, w innej części świata, grupa ludzi zdana sama na siebie bez przygotowania wojennego postanawia bronić miasta. Przechodzą kolejne epoki, toczą się zupełnie inne wojny, o nich, o obronie Samarkandy już nikt nie pamięta oprócz historyków i pryszczatych miłośników mediewistyki. Zapada ciemność, idzie mrok, sypią się daty i imperia. A potem przez przypadek czytam kilka zdań i oni znów żyją. Znów niosą tak jak wtedy, na koniec ulicy meble, kosze po owocach, rozbierają drewniane baraki i klecą z tego barykadę, która przetrwa wszystko.

 

Fota: Fulvio Spada [CC BY-SA 2.0]

Previous post

Zmęczenie i dmuchany zamek

Next post

Za tymi drzwiami