Dwa lata temu otrzymałem od znajomego plik z muzyką. Była piękna. Miała w sobie obcość, której nie umiałem nazwać, proste, etniczne instrumentarium i wokal trudny do określenia – ani kobiety ani mężczyzny, śpiewający, jak mi się wydawało, w jakimś azjatyckim języku. Za całością stała jakaś groźba albo siła, słowem: tajemnica.

I co dziwne, nie było jej na You Tubie. Przez dwa lata słuchałem tych monotonnych śpiewów zastanawiając się skąd pochodzą artyści. Czasem wydawało mi się, że słychać tam Azję czasem jej dzikość przynosiła skojarzenie z jakąś wyspą oddaloną od cywilizacji, samotnym miejscem opuszczonym przez historię.

W końcu znalazłem w Internecie faceta, który  sprawiał wrażenie  obeznanego: wrzucał filmy z muzyką o podobnej harmonii, dodawał do nich jakieś falujące napisy w prostym edytorze wideo.

Przesłałem mu link z muzyką prosząc o pomoc.

– Tak, znam to, to muzyka ludu Karo z północy Sumatry – odparł. – Mieszkam tu. Człowiek, którego słyszysz na nagraniu nie żyje.

Potem wysłał mi jeszcze wkładkę płyty CD jakiegoś niemieckiego wydawnictwa, na którym, na kilkunastu stronach rozpisana była przez muzykologów specyfika muzyki Karo. Nie zdecydowałem się czytać – jeszcze nie wiedziałem dlaczego.

Ten mężczyzna bardzo chciał wiedzieć dlaczego chcę przyjechać na drugi koniec świata i czy przypadkiem nie chcę z ich muzyki czerpać finansowej korzyści. Napisałem, że zrobiłbym to po nic, może dla napisania książki. I w końcu, tak jakby chciał udowodnić, że tradycja Karo nie jest mu obca,  wysłał mi ten film:

Oglądałem to pięć razy poruszony faktem, że po raz pierwszy widzę ludzi, których kultura wytworzyła muzykę, której słucham od dwóch lat.

Co widzę:

Zanim dostrzegam siedzące pod ścianą postacie z głowami nakrytymi białym płótnem, dochodzę do wniosku, że w tym pomieszczeniu musi być obserwator. Myśląc o obserwatorze, nie myślę tylko o kamerze. Tam musi być ktoś jeszcze, kto patrzy. Zastanawiam się skąd to uczucie. Już wiem. Tancerki nie poruszają się dla siebie. W ich tańcu jest nienaturalność. Nie jest to taniec ciała ale rytuał.

Traktuję obraz jako skończoną całość. Niemiec – narrator podaje własny komentarz: nie wiem co mówi ale i tak jego głos pasuje do muzyki.

Z narracji Niemca zapada mi w pamięć jego wyjaśnienie – jedyne, które zrozumiałem: „kokos”. Tak, jest tam kokos, kobieta niesie go na głowie. Jest jeszcze inna tancerka, z zielonymi liśćmi (palmą?), ofiarują te dary postaciom siedzącym pod ścianą, zaczynają tańczyć a ich ruch staje się lekki.

W pewnej chwili, na kilka sekund pojawia się w kadrze mężczyzna z papierosem. Zagląda przez chwilę do kamery, potem znów znika. Jest tylko krótkim błyskiem ale jego obecność jest niepokojąca. Dostrzegam go dopiero za trzecim razem, dziwię się, że przeoczyłem jego obecność wcześniej. Kim on jest? Dlaczego etnografowie pozwolili mu wejść w kadr? Dlaczego tak zmontowali materiał, by pokazał się oglądającym?

Rytuał jak i tajemniczy mężczyzna pozostają dla mnie zagadką, której rozwiązania nawet nie szukam. Zostawiam ich czystą formę. Wiem, że w chwili, w której dowiem się jakie były powody tańca, na czym obrzęd polegał, od razu wyobrażę sobie resztę, raz na zawsze gasząc pierwotne piękno tego co tam widzę.

Nigdy wcześniej nie doszedłem do takiego wniosku. To zupełnie nowe, olśniewające uczucie.

 

 

Grafika: You Tube.

Previous post

Szukajcie, nie znajdziecie

Next post

Iluzja jako zgoda