Pokazać się w miejscu publicznym z książką Flannery O’Connor albo Henrye’go Jamesa to prestiż. Przynajmniej wewnętrzny. Tym większy, im więcej ludzi kojarzy w ogóle te nazwiska.

O wiele gorzej wypada się przed tymi, którzy wiedzą, że Kenzaburo Oe nie jest rodzajem zupy miso, nosząc pod pachą Greya albo Kalicińską. Wiadomo: literatura jak i wszystkie płaszczyzny naszej aktywności posiada strukturę pionową, w której każdy świadomy czytelnik ucieka w górę. Krytycznie patrząc w dół.

No właśnie: dlaczego? Dlaczego literatura popularna klasy b, c a nawet i d (jeśli taka istnieje) jest tak powszechnie krytykowana przez tych, którzy czytają rzeczy wybitne albo przynajmniej bardzo dobre?

Dwa lata temu poznałem kobietę grubo po sześćdziesiątce, która jeździła ze swojej wsi do pobliskiego miasteczka przywożąc za każdym razem, oprócz zakupów z Netto, kilka książek z biblioteki. Były to czytadła. Większość z nich wygrażała okładkami, na których zbyt rozmarzone kobiety tkwiły w objęciach zbyt męskich facetów. Tłumaczyłem to sobie samotnością kobiety, ucieczką w krainę romantycznych fantazji. Każdy przecież chce poczuć raz na jakiś czas wewnętrzny żar. Taki, którego zwykły piec kaflowy nie dostarczy.

Kobieta przyznała, że czyta książkę za książką. Jak to na wsi bywa, również jej rytm czytelniczy zależny był od pory roku. Latem i wiosną czyta niewiele: dwie książki tygodniowo, zimą i późną jesienią kiedy wszystko na podwórku obgarnięte, jak mówiła, książka schodzi jej jedna na dwa dni. Czasem, jak nie może spać, nawet jedna dziennie (nocnie).

Przy którymś z kolei spotkaniu zostawiłem jej właśnie przeczytaną książkę Swietłany Aleksiejewicz „Wojna nie ma w sobie nic z kobiety”. Zadzwoniła do mnie dwa dni później. Powiedziała, że skończyła. To nie może być prawda- mówiła. – Takie rzeczy się nie dzieją. Płakała.

Zamiast zabijać pasję czytelniczą miłośników czytadeł lepiej jest podsuwać im książki lepsze. Z uważnością lekarza. Powoli, krok po kroku. Można w ten sposób wciągać nieświadomych czytelników w górę. Może nawet do Bernharda. Albo „Małych krajobrazów ze śniegiem” Walsera. Mojej znajomej, jak się okazało, małe prozy Walsera bardzo przypadły do gustu. – On tak widzi przyrodę jak ludzie ze wsi. No zobacz, co za człowiek.

Niektórzy nie wejdą wyżej. Też dobrze. Obojętnie jakie czytadło jest jednak lepsze niż telewizor. Wyobraźnia pracuje, serce się otwiera, wszystko wygląda niby tak samo a jednak inaczej. No i nie ma reklam.

 

Grafika: Google

Previous post

Trzy kominy na horyzoncie

Next post

Polish Wrestling Show