Pomiędzy myśleniem a życiem jest jakaś dziwna relacja, która w skrócie rzecz biorąc wykreśla jedno z drugiego. Można myśleć a wtedy nie żyje się, bo czas spędzony na myśleniu uniemożliwia życie jako takie. Ale żyć bez myślenia też się za bardzo nie da, bo wiadomo jak to się kończy.

Myślenie zabiera uważność. Niby coś czytam niby coś widzę a jednak przeczytane i zobaczone przelatuje przeze mnie tak szybo jakby samo w sobie treści nie miało. Więc lepiej jednak być wciąż wyostrzonym do bólu. Nie napiętym ale uważnym.

Przeglądam fejsa i wpada mi post portalu winiarskiego. Piszą o winach z którejś sieci marketów. Lecę dalej, przewijam, bo przecież aż taki zacięty na wina nie jestem, żebym czytał recenzje ale potem wracam, szukam tego postu i wchodzę i widzę: na rynek rzucono wina po dziesięć złotych, które klasą daleko wykraczają poza wina za dziesięć złotych. Mają nawet herb na etykiecie. A jak już jest herb to już jest dobrze. Tak mi się wydaje. Tak mówią też winiarze z tego portalu.

Mówię sobie: jadę do sklepu, kupię kilka butelek, wrócę do domu i wypiję kieliszek. Albo dwa. Będzie świetnie. Tak robię. Biorę psa, wsiadam w samochód, docieram do marketu szukam tego wina ale na półkach już go nie ma. Takich co przeczytali post winiarzy jest pewnie wielu- nie jestem jedynym spryciarzem, który postanowił kupić kilka butelek. Zamiast tego kupuję jogurt pitny o smaku owoców leśnych. Piję go siedząc za kierownicą samochodu, na parkingu. Pies leży na fotelu obok. Ludzie idą, samochody jeżdżą, wielki neon sklepu jarzy się nad ich głowami, słońce już zaszło, jest szaro. Mówię sobie: ale nieudany ten wyjazd. Miało być tak pięknie. A jaki jest koniec?  Siedzę w samochodzie na parkingu przed sklepem i obserwuję jak ludzie szarpią się z wózkami.

Potem przychodzi błysk. Siedzenie w samochodzie w tym dziwnym miejscu z butelką po jogurcie pitnym na kolanach samo w sobie jest tak dziwne, że właściwie nie wiadomo co z tym zrobić. Ani to moment na opisanie ani moment, który coś zmienia. Po prostu jakiś interwał pomiędzy działaniami, najgłupszy punkt, który można sobie wybrać: parking, jogurt, milczący pies. Bo nic na tym parkingu się nie wydarzyło. Nikt nie przyszedł, nie zapukał do okna, żadnych bezdomnych ciągnących kasę na wódkę, żadnych wystraszonych kierowców proszących o pomoc w odpaleniu samochodu, nawet jedna siatka się nie zerwała, nic się nie rozsypało po asfalcie. Ludzie idą, wracają, neon świeci, robi się coraz ciemniej.  I im bardziej widzę, że nie ma tu nic do oglądania tym bardziej czuję, że mogę tak siedzieć bez końca. Patrzeć jak te postacie zmierzają gdzieś, jak zapada zmrok, jak wszystko się toczy swoim własnym tempem. Jest bardzo pięknie. I mówię do psa:

– Widzisz to co ja?

– Widzę, widzę – mówi. – Jest nieźle.

Chcę odpalić i jechać do domu ale jeszcze tak w dwójkę siedzimy. W końcu ruszamy. Silnik zaskakuje, kierunkowskaz, prawoskręt jedynka, dwójka, trójka, zmiana pasa, rondo. I mówię do niego:

– Też cię tak to upiło – ten widok?

– Też. Bardzo.

Milczymy. Tak jedziemy nie rozmawiając więcej. Po chwili nie przestając patrzeć w okno odzywa się:

– Światła. Włącz światła.

 

 

Grafika: The Merry Fiddler, Ary de Vos, Europeana.

Previous post

Jak poznałem całą wiedzę ezoteryczną świata

Next post

O pieczeniu jeża w glinie