Bardzo dawno temu mój znajomy, Pszczoła, taką miał ksywę, opowiadał mi o capoeirze, o tym, że roda, czyli krąg, która tworzy się przy rytmicznej grze berinbao to coś niesamowitego. Mówi do mnie: przyjdź, zobacz, może się wciągniesz. W sali gimnastycznej przy jakiejś szkole podstawowej, ludzie ubrani na biało skakali przez kozły, stawali na rękach, robili salta, w powietrzu unosił się ciężki zapach wszystkich sal gimnastycznych świata. Chodziłem między nimi szukając jakiegoś zaczepienia. Patrzyłem na robiących szpagaty, rozgrzewających się, trochę teatralnych w tym wszystkim ludzi i  byłem znudzony. Obiecywałem sobie, że więcej nie dam się wciągnąć w tego typu gry, nie dam się namówić na chodzenie na takie zajęcia bo wystarczyło pół godziny, żeby stracić całą sympatię do tego sportu, który ledwo znałem choć wydawał mi się całkiem interesujący, przynajmniej w oglądaniu, szczególnie, że miał jakieś historyczne zaplecze: niewolnictwo, smutek, cały ten kulturowy ładunek.

Kiedy już się porozciągali, utworzyli krąg. Stanęli na środku sali i zgrzani, boso, klaszcząc i kołysząc się zaczęli śpiewać. Wyglądało to tak, jakby oczyszczali przestrzeń z czegoś, co mogłoby przeszkodzić w dalszej praktyce; potem, kiedy weszło brzmienie berinbao, pojawili się tancerze a może wojownicy, nie ma to dla tej historii żadnego znaczenia. Żeby ich widzieć przyklęknąłem i na kolanach przeszedłem do pierwszego rzędu. Ludzie rozstąpili się, pozwalając mi wejść między siebie.

To był śpiew. Mocny, wydobywający się gdzieś z głębi, śpiew przynoszący taką energię, że wydawało się, że przechodzi przez ciało. Tak jakby cała przestrzeń w rodzie wypełniona była drżeniem powietrza. Coś jak klosz albo kulista sfera stworzona z dźwięku, w której podział na świadomość i ciało zostały na małą chwilę unieważnione i wszystko to, co ważne, odbywało się bez form zamkniętych. Albo inaczej: z jedną formą zamkniętą: z kręgiem, którzy tworzyli śpiewający ludzie. Nigdy wcześniej nie przeżyłem czegoś takiego i siedząc tam zrozumiałem dlaczego przychodzą do tej salki gimnastycznej dwa razy w tygodniu, dlaczego uprawiają ten sport czy taniec walki, nawet nie wiem jak to nazwać. To była jakaś forma pełni, doskonałej, wymykającej się definicji, pełni.

Myślałem o tym ostatnio, o tej wizycie na treningu capoeiry, po publikacji ostatniego posta, w którym pisałem o niepełni i trafiłem na informację o koncercie, na którym trzech wokalistów zaprezentuje średniowieczne chorały. Pomyślałem: średniowiecze jednak nie bardzo, może Hildegarda z Bingen ale tylko dlatego, że była mistyczką; ale może warto poszukać tego czegoś, bo jeśli tam, w sali gimnastycznej to zadziałało, być może zadziała i tutaj.

W sali koncertowej było chłodno. Zimne wnętrze kamiennego holu i ci brodaci faceci w czarnych koszulach skierowani twarzami do siebie. I ten śpiew, wyciskany z siebie, sztuczny, udający nie siebie a głębokie średniowiecze, próbujący coś pokazać a pokazujący jedynie woskową formę zalaną dodatkowo w formalinę.  Nuda. Nuda bo niepełnia. Niepełnia bo umowność. Umowność kodu kultury; odtwarzanie zamiast śpiewania, interpretacja zamiast tworzenia, spektakl znaków, który zepchnął życie i sam natychmiast się unicestwił. Wyszedłem po kwadransie.

Wracałem rowerem przez Most Poniatowskiego. Zatrzymałem się na chwilę, żeby popatrzyć w dół, na wybrzeże Wisły po praskiej stronie. Na plaży, jak zawsze w ciepłe dni, siedziały setki ludzi. Z tej odległości wydawali się jakąś kolonią ruchliwych owadów, których kształtów nie da się do końca określić: wszystko było zamazane od unoszącego się dymu z ognisk. Słońce już zachodziło, śródmieście skąpane w czerwieni wydawało się bardzo daleko, tam w dole jarzyły się punkty ognisk, tętniła muzyka, dzień był bezwietrzny i dym leniwie płynął nad ludźmi. Nie umiem powiedzieć dlaczego ale patrząc z mostu na to skupisko punktów, znów poczułem się tak, jakby wszystko stało się nagle pełne; jakby nie było tej porażki trzech tenorów, jakby znów przestrzeń i ciało przestały mieć znaczenie. Był tylko ten stan zamykający wszystko i wszystkich w jednej sferycznej formie bez najmniejszego uszczerbku w strukturze. Było tam, dziś jestem pewien, życie w swojej dziewiczej formule, nad którą jeszcze nikt nie miał, szczęśliwie, okazji popracować.

 

Fot: własne

 

Previous post

Nigdy to bardzo długo

Next post

Dwie siostry [fragment książki]