Znalazłem „Cyganów Polskich” Jerzego Ficowskiego tydzień temu zupełnym przypadkiem. Ten egzemplarz to prawdziwy rarytas. Z dwóch powodów: bo to pierwsze wydanie –  z 1953 roku ale też – generalnie mówiąc – publikacja, która przyniosła wiele cierpienia.

Tuż po wojnie Jerzy Ficowski przez kilka lat żył z Romami. Mieszkał w ich taborach, nauczył się ich języka, poznał ich obyczaje, w końcu: wydobył na światło dzienne Papuszę – romską poetkę i jej wiersze. Papusza poniosła ciężką karę. Za odstępstwo od tradycji i ujawnienie tajemnic romskich została odtrącona od rodziny co skończyło się choroba psychiczną.

Jednocześnie Ficowski zrobił świetną robotę bo „Cyganie Polscy” to książka genialna. Nie chcę jednak pisać o Papuszy bo to temat znany, film nawet o tym powstał. Chciałbym skupić się na czymś innym.

Otóż z Ficowskim jest trochę tak jak z Tedem Strehlowem. Strehlow był synem protestanckiego pastora działającego w misji na terytoriach klanu Aranda. Jako dziecko nauczył się ich języka, płynnie przeniknął do starszyzny klanowej, która go inicjowała, a w końcu powierzyła mu całą swoją wiedzę tajemną. Otrzymał od Aranda nawet święte przedmioty. Na przechowanie.

Strehlow poszedł jednak dalej. Jedną nogą był „ich” człowiekiem, drugą jednak pozostał badaczem. Mentalnie należał do innej kultury i nie wystarczało mu to, że poznał prawdy klanowe Aranda. Ich pieśni i podania opublikował w formie książki. Skończył źle: ponoć za zdradę tajemnic wyśpiewali mu śmierć. Pewne jest że wkrótce po publikacji umarł. Nie pisałem o tym w „Niewidzialnych” bo do tej historii dotarłem stosunkowo późno. Ale może jeszcze kiedyś napiszę. Może nawet na blogu.

Podobnie widzę przypadek Ficowskiego. Oczywiście jest tu inna klasa zdarzenia: Ficowski opisał tylko to na co mu pozwolono, a Papusza była jednostką, którą, pewnie nawet nieświadomie, pogrążył. Ale temat sam w sobie jest ciekawy:  bo przypadek Ficowskiego mówi, że książka czasem może skrzywdzić bohatera. Ale z drugiej strony bez niej byłoby gorzej: bez „Cyganów Polskich” nigdy bym nie zrozumiał jak bardzo byli odmienni.

Żeby nie było za wesoło, krótka wstawka o tym w jaki sposób Romowie przygotowywali jeża. Bo kiedyś jeże jadali.

„Jeż jest – sit venia verbo – narodowym przysmakiem Cyganów. Niektórzy już się go wyrzekli, przeważnie ci, którzy z lasem mają mało wspólnego ale wielu jeszcze Cyganów jest zdania, że jeż dostarcza najsmaczniejszego mięsa. Nie jedzą każdego schwytanego jeża. Jeśli złowiony ma „psią mordkę”, wypuszczają go natychmiast, bo zjedzenie go jest równie niedozwolone jak jadanie psów. Do upieczenia nada się tylko jeż „ze świńskim ryjkiem”. […] Przyrządzają pieczeń z jeża rozmaicie. Ale najstarszym zachowanym do dziś sposobem jest pieczenie w glinie. Zabitego jeża wraz ze skórą i kolcami obkładają Cyganie gliną i taką bryłę wkładają w żar ogniska. Glina twardnieje, jeż piecze się w jej wnętrzu; glina pęka, Cyganka rozłupuje bryłę, z której wyłania się jeżowa pieczeń, pozbawiona kolców, oderwanych wraz z glinianą skorupą. W ten sam sposób pieką czasem Cyganie kurę lub gęś, nie oskubując pierza, które po upieczeniu odrywa się wraz ze stwardniałą gliną”.

Tak więc myślę sobie, że sprawa Strehlowa i Ficowskiego to takie łapanie szlachetnego jeża i robienie z niego potrawy. Z drugiej strony: nie byłoby genialnego zapisu. I bądź tu mądry.

Ale tak czy owak książka jest genialna.

 

IMG_3833

 

Ilustracja: XIX-wieczny sztych. [Romska kobieta]

Previous post

Pijany pies, pijany ja

Next post

Robiłem to źle