W Krakowie, na pierwszym spotkaniu promującym „Koliste…” pewna kobieta, po dłuższym czasie przysłuchiwania się temu co mówię, wstała i zadała bardzo proste pytanie. – Ale o czym ona jest? O czym są te „Koliste jeziora Białorusi”? – zapytała. – Trochę mówimy o czasie, trochę o tożsamości, trochę o niemożności poznania tego, co widzialne ale tak konkretnie chciałabym wiedzieć. O czym jest ta książka?

Wtedy nie umiałem udzielić jej odpowiedzi. Pisząc „Koliste jeziora…”, nie próbowałem tego, o czym opowiadam, nazywać. Bałem się, że jeśli dokonam dokładnego określenia tego, co mnie interesuje, popełnię błąd jakim jest mówienie wprost. Oczywiście, początkowo chciałem pisać o polityce, o Łukaszence, o Środkowoeuropejskich dramatach małych narodów, ale w ostateczności, jest to książka o czasie i powtarzalności zjawisk. Oczywiście, Białoruś tam jest, jest tam wszechobecna, bo nie znam lepszego miejsca na świecie gdzie przestrzeń jest tak czysta, że mogą w niej sublimować się najbardziej subtelne kwestie. Białoruś to taka wyrwa w materialistycznym, żałosnym bo pewnym siebie świecie.  Więc tam właśnie doświadczyłem permanentnej przemiany wszystkiego we wszystko. To niewygodne, budzące lęk poczucie niestałości  – nic nie jest dane na zawsze – wydaje się być jednym z większych lęków każdego człowieka. To, co nowe zwykle wydaje się niejasne, mgliste, nierozpoznane.  Tak. Strach jest zaledwie kwestią języka.

Ale jest to również książka o tożsamości.  I o tym, że nie ma czegoś takiego jak  tożsamość utracona. W jej miejscu bowiem, pojawia się nowa forma bycia i nawet jeśli wydaje się tylko pustką po tym co było, to przecież ta nowa forma jest już tożsamością. Choćby tożsamością po rozpadzie.

Tam, w Krakowie, nie umiałem jej tego powiedzieć. Zamiast próbować tłumaczyć, przytomnie sięgnąłem do książki, która leżała przede mną i poszukałem tego fragmentu. A potem go przeczytałem.

„Po obu stronach drogi na Kalesniki ciągną się martwe wsie. Tablic informacyjnych z nazwą miejscowości nie ma. Są za to przybite do drzewa trójkąt z charakterystycznym wiatraczkiem: tu zaczyna się strefa promieniowania. Piaszczysta droga prowadząca do wsi jest płaska jak stół. Żadnych śladów samochodów, żadnych stóp, tylko gładko zamieciona płaszczyzna. To jednak nieprawda, że wszystkie wsie są opuszczone. Czasem ludzie mieszkają. Mają się dobrze. Jest taniej. I spokojnie. Można polować bez zezwolenia. Czasem ciągną nawet prąd trakcjami na drewnianych słupach. Nie ma tylko sąsiadów. Ale i to się zmienia. Ludzie wracają: biorą domy i remontują. Za dziesięć, dwadzieścia lat wsie wrócą do żywych.

I są już pierwsi – ci, którzy uciekli ze swoich małych postsowieckich republik i zamieszkali tutaj w ciszy. Ale tam lepiej nie zaglądać. Żyją na twardych, surowych warunkach, mają broń. Ludzie ze Wschodu są dzicy. Nie chcą gości.

Piaszczysta droga przez las kończy się i zaczyna spękany asfalt. Chwasty wychodzą każdą szczeliną. Asfalt się unosi, faluje. Dużo tłuczonego szkła. Jakieś deski, które trzeba odsunąć, żeby jechać dalej. Drzewa łamią się pod ciężarem owoców. Potem pojawia się pomnik żołnierza. W płaszczu, z karabinem, w hełmie. Trochę plastikowych kwiatów u stóp, dwie albo trzy spłowiałe wstęgi. Żołnierz stoi z pochyloną głową i bronią uniesioną do ust. To chyba pepesza. Asfalt dalej biegnie prosto, tworząc kwartały, przy których postawiono domy. Domy się rozpadają, każdy na własny sposób. W większości wykonane z drewnianych bali, pokryte gontem rok po roku padają pod upływem czasu. W końcu domy i zieleń mieszają się, zmieniając w coś na kształt ekspresjonistycznych rzeźb. Korzenie z niezwykłą łatwością przechodzą przez kolejne warstwy konstrukcji, pień wychodzi z siennika. W wysokich trawach porzucone graty: resztki mebli, kuchenka gazowa, wózek dziecięcy. Coś pomiędzy trwaniem a nieistnieniem. W studni woda ma wysoki poziom. Po powierzchni w rzęsie pływa plastikowa butelka, na cembrowinie szmata. Pod lasem kontury ścian wyznaczają kształt dawnych obór. Kawałki elementów stalowych konstrukcji i deski rozrzucone w trawie. Za wsią zaczynają się mokradła – szerokie łąki. Wszędzie unosi się lekka mgła po gorącym dniu. Małe kulki zawieszone w powietrzu wydają równomierne, wibrujące buczenie.

I mech. Mech robi swoje. Włazi na wszystko – fundamenty domów, asfalt, gazety i książki rozrzucone po podłodze. Mówi się, że mech to najsilniejszy gatunek. Widać to: organiczne fraktale pożerają w milczeniu każdy kawałek materii, którego sięgną. Są jak oddychające bezgłośnie okrycie z życia, które musi wszystko zdobyć. Czas dla nich nie płynie. Działają zbyt wolno, mają zbyt szeroki horyzont do pojmania, żeby minuty czy tygodnie miały jakieś większe znaczenie. Całkiem prawdopodobne, że kiedyś wszystko zostanie pożarte przez ten jeden, wielki organizm”.

– Tak – powiedziałem zamykając książkę. – To jest właśnie książka o tym.  Tak w wielkim skrócie.

Myślę, że jej nie kupi.

 

Fot: Viktar Malyshchyts/123RF

ZapiszZapisz

ZapiszZapisz

Previous post

Tekst jest milionem tekstów?

Next post

"Koliste.." w audycji "Wybieram Dwójkę". Posłuchaj