Biegłem właśnie brzegiem rzeki, godzinę po huraganie, który połamał całkiem spore drzewa odsłaniając ich jasnożółtą, niemal świecącą strukturę pni. W parku dwie kobiety patrząc na straty, które spowodował wiatr, coś powiedziały. To był komentarz a nawet bardziej – metafora. Intrygujący, prosty dobór kilku słów, w którym zawierała się całość tamtego wydarzenia. Próbowałem potem przypomnieć sobie tą sentencję, odtworzyć ją ale bezskutecznie. Im bardziej drążyłem pamięć tym bardziej wspomnienie tych godzin po burzy stawało się niepełne. W końcu pozbawione zostało jasnego rdzenia, niemal świecącego. Zamiast niego zostało męczące uczucie fragmentaryczności. Powtarzam na pocieszenie, że ta niepełnia jest pułapką: nie ma nic gorszego niż kompulsywne poszukiwanie całości. Majacząca w oddali bezforemna obietnica dopełnienia jest oszustwem. Chce się jej ale od początku wiadomo, że droga prowadzi donikąd.

Więc najlepiej gdyby tego słowa nie było. Gdyby „całość” wykreślić a na jej miejsce wstawić inne słowo, w którym mieściłaby się zgoda na rozczłonkowanie i brak pełni.

Powalone drzewa były piękne. Biegam tam każdego dnia. Widziałem je oświetlone ostrym słońcem godziny trzynastej i zanurzone w niebieskiej poświacie świtu. Nawet po zmroku, oświetlane przez pomarańczowe niebo, drzewa te nie miały tyle życia ile właśnie tamtego dnia, kiedy przeszedł huragan i zwalił je tak, jakby były chore albo wykonane z jakiegoś łamliwego tworzywa. W miejscach gdzie pękły pokazały się ekspresyjne formy: ostre, lśniące bagnety wymierzone we wszystkie strony, szpice najeżone innymi szpicami, szpice lepkie od soków, wyciągnięte nagle na światło dzienne. Niektóre fragmenty pni pod ciężarem opadającej korony wygięły się plastycznie tworząc miękkie, łagodne półłuki, coś jak wstęgi wyszlifowane do połysku. Nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że takie zniszczone, skazane na wycięcie, bo przecież zaraz ktoś pojawi się z piłą łańcuchową i zrobi z nimi porządek, były najpiękniejsze. Gałęzie były wszędzie: uderzenie o ziemię musiało być mocne, z pewnością ziemia wydała dudniący dźwięk. I liście: miękkie, bez życia, tak jakby natychmiast rozpoczął się proces usychania. Biegłem torując sobie ręką drogę w gałęziach aż w końcu musiałem zawrócić: nie miałem siły przeciskać się ciasnymi szparami w koronie drzewa, które leżało na drodze. Wdychając zapach ozonu typowy dla gwałtownej burzy jeszcze nie wiedziałem, że nigdy nie przypomnę sobie słów, które usłyszałem chwilę wcześniej, a które wypowiedziane zawarły bardzo dokładnie, to, co się tam stało. Więc pozostaną ze mną tylko fragmenty. Prawdopodobnie na bardzo długo, jeśli nie na zawsze.

 

Foto: Własne

Tekst towarzyszący wystawie Piotra Skiby „Never is a very long time”, Mediolan, 2- 16 lipiec 2016.

Previous post

Najbardziej świecące przedmioty

Next post

Bez uszczerbku w strukturze