To był dobry dzień. Chodziłem po pokoju, dorzucałem do ognia, siadałem przy otwartych drzwiach pieca, robiłem kawę i obiecywałem sobie, że to już ostatni papieros w życiu. Paliłem go patrząc jak się kończy, myśląc o nim czule jak o kimś kogo z czystym sercem wykluczasz ze swojego świata. Potem wychodziłem do sadu, znów wracałem do domu, otwierałem książkę ale czytać mi się nie chciało, więc oglądałem jedynie barwne ilustracje. Na jednej był ceramiczny dzban z XII wiecznego Iranu: pękaty, pokryty roślinnym, wypukłym wzorem z pewnością wyczuwalnym pod palcami. Widziałem tam dwie twarze dziewczynek albo kobiet w plątaninie liści, potem jeszcze zupełnym przypadkiem, na krawędzi widzialnego zobaczyłem jeszcze jedną twarz i jeszcze jedną, w końcu przeleciało mi przez głowę, że przecież można ten dzban odnaleźć. Stoi na pewno w jakimś muzeum za szkłem; obejść go, zobaczyć te wszystkie ukryte w liściach twarze i wrócić.

img_6796

Tak się podnieciłem wizją podróży bez sensu ale z wielkim sensem, że zapaliłem papierosa. Za oknem był sad. Blady, zimny, było koło południa, to jest najgorszy moment na oglądanie: wszystko jest zimne i pozbawione mocy, drzewa wydają się przez brutalne, zimne światło na wpół martwe. Właściwie zapomniałem już, że śnieg był kilka dni temu, bardzo krótko ale intensywnie.  Nawet kontemplowanie natury jest męczące. Słabo, bardzo słabo.

Pandit Pran Nath, wokalista z Indii bardzo długo szukał swojej drogi do rag. Ktoś życzliwy poradził mu, żeby na pięć lat wyniósł się z miasta i zamieszkał w naturze. Ponoć zorganizował sobie bazę w jakiejś jaskini i przez te pięć lat żył, mając przed sobą otwartą przestrzeń. Nie wiem jak mu było ale wyszedł z niej jako ukształtowany artysta o niepowtarzalnym, odnawiającym ragi ale jednak własnym stylu śpiewania.

Dokument, który widziałem (wspominam o tym w poprzednim poście) jest krótki. Pran Nath jest dziadkiem w ciepłym swetrze, wyprostowanym, z długą brodą i okularami – telewizorami jakie noszą indyjscy inteligenci. Stoi nad Yaluną mętną w zachodzącym słońcu i opowiada cedząc słowa o tym, że otwarta przestrzeń, nienależąca do nikogo jest miejscem nauki, że w otwartej przestrzeni, w przeciwieństwie do kwadratu wytyczonego ścianami myśl staje się lotna. Mocno inspirowały go ptaki, od nich czerpał, obojętnie co to znaczy, styl.

To wszystko jest trochę uduchowione ale chyba inne być nie może bo tradycja rag sięga tysięcy lat i jest muzycznym przedstawieniem absolutu. Pran Nath, już jako dojrzały artysta zainspirował kilka postaci z amerykańskiej muzycznej sceny minimalizmu. Tu robi się ciekawie, bo minimalizm bardzo mocno wpłynął na zachodnią muzykę klasyczną a także mainstream nie mówiąc o jazzie. Więc minimaliści:  Terry Riley i La Monte Young  jeździli do niego do Indii uczyć się tego nowego rozumienia muzyki a potem, po powrocie dokonali rewolucji. Krótko mówiąc: to, czego Pran Nath nauczył się na progu jaskini, stało się częścią zachodniej kultury.

Mam dość wstrzemięźliwe podejście do wzdychania nad innymi kulturami. Dostrzegam, poza prostym, w sumie opresywnym zachwytem nad innością, podniecającą zdolność fluktuacji kultury w kulturę. Fluktuacji niezauważalnej, mimowolnej. Czasem takie przejście zdarza się za sprawą jednego człowieka, a nawet jednego spotkania. Tak było w tym przypadku. W muzyce uczniów Pran Natha – w ich niekończących się pasażach, wibrujących, pełnych znaczeń a jednak przeraźliwie pustych kryje się ta pustka i cierpliwość, której Nath nauczył się siedząc na skraju swojej jaskini. Ich muzyka jest dziwna: można się w niej schować nie będąc osaczonym przez inwencję autora. Być w środku ale podążać własnym pasażem myśli.

Sad koło godziny czternastej zrobił się lekko żółty. Ciepła barwa słońca, którego nie było widać przywróciła mu jesienną, stonowaną witalność. Znów był całkiem ok, dało się na niego patrzyć. Wyszedłem z domu i poszedłem w głąb. Było żółto. W głębi, przy starym orzechu stoi domek na drzewie.  W sumie nie jest domkiem na drzewie, jest wspartym o orzech domkiem na palach. Bez względu na to o co się opiera, można do niego wejść. Z domkami na drzewie jest dość ciekawie: niemal nikt nie miał go w dzieciństwie a każdy marzył o tym, żeby go mieć. Kiedy go zbudowałem, jego format zrobiłem taki, żeby móc w nim sypiać – zmieszczą się w nim dwie dorosłe osoby. Więc jest w nim trochę jak w jaskini: siedzi się w środku ale to co na zewnątrz jest doskonale wyczuwalne. Jest się na zewnątrz ale cały czas w środku. Trochę jak u Pran Natha: nieskrępowana wolność, pełna fluktuacja wszystkiego we wszystko. I to cudowne poczucie, że jeśli nie trzeba przybierać żadnej formy, pozostaje się w swojej własnej formie. Jedynej, najlepiej dopasowanej. Można powiedzieć: organicznej.

zrzut-ekranu-2016-11-23-o-11-11-23

 

Na zdjęciu głównym sad jeszcze w śniegu (Fot. Ania Hatłas)

Zdjęcia w tekście pochodzą z książki „Cywilizacja Islamu” Janine i Dominique Sourdel  (PIW, 1980)

 

Previous post

Kilka uwag o konstruowaniu

Next post

Uwaga: ta mapa jest poruszona