Stolarnia, kiedy słońce już zajdzie i zrobi się niemal ciemno wygląda najlepiej. Przez uchylone drzwi widać jej oświetlone ciepłym światłem wnętrze, kontrastujące z otoczeniem: sadem, horyzontem; ścianą lasu majaczącą na końcu drogi. W porównaniu z tym formatem, stolarnia wydaje się małą niszą, w której nagromadzone są starannie poukładane narzędzia. Wszystko w kolorze drewna, ściany białe. Kiedyś w tym miejscu była stajnia; wciąż, pod deskami leżącymi na podłodze ciągnie się zagłębienie na ścieki.

Kiedyś pracowałem w niej regularnie. Wiedziałem dokładnie gdzie leżą dłuta na drewnianych rękojeściach, gdzie śrubokręty, dlaczego piła rwie drewno – była stara i dawno jej nikt nie ostrzył. Spędzałem tam całe dnie w opiłkach drewna, z ołówkiem w zębach. Potem urwało się to, z różnych przyczyn, na kilka lat.

I teraz znowu tam wszedłem. Miałem misję. Chciałem zabezpieczyć schowek na drewno. Z dachu lała się woda. Zamówiłem rynnę, zostało ją tylko przymocować. Okazało się, że trzeba będzie zbudować wokół dachu, kilka centymetrów pod jego krawędzią belkę, do której rynnę przykręcę.

Nie pamiętam, żebym tak potykał się o samego siebie jak pierwszego dnia pracy. Niby stolarnia była ta sama, niby wszystko było na tych samych miejscach, ale było inaczej. Piła zmieniła się, teraz stoi całkiem nowa, świecącą aluminium ale przecież to nie jej sprawa. Potykałem się o deski zasłaniające zagłębienie w ziemi, co chwilę coś gubiłem, nie mogłem nawet napalić w piecu. Było tak, jakby przedmioty mnie atakowały. Musiałem jednak zrobić tą belkę, starannie ją przyciąć, więc mówiłem sobie: ok, jeszcze chwila – skup się. Ale kiedy zaczynałem ciąć, od razu widziałem, że popełniłem błąd: ostrze piły szło w zupełnie innym miejscu. Coś źle zmierzyłem.

Następnego dnia wszedłem tam i było zupełnie inaczej. Mniej więcej taki zakres pracy, jaki wykonałem pierwszego dnia, wykonałem dwa razy szybciej. Myśli gdzieś uciekły, głowa się uspokoiła, stałem się chodzącym, milczącym, wiedzącym dokąd idę narzędziem. Pod koniec dnia, kiedy belka była już pomalowana, wsporniki przygotowane, listwy i maskownice gotowe do przykręcania czułem się tak pewnie, że gdyby ktoś podjechał i szukał stolarza, przyjąłbym zlecenie. Po wszystkim zasnąłem jak kamień.

Trzeciego dnia wszystko szło zgodnie z planem. Może nawet nie planem. Planu nie było, plan gdzieś, jako jedyną rzecz, zgubiłem. Zamiast niego była absolutna synergia. Umysł zespolił się z pracą, percepcja zeszła do poziomu działań manualnych. Kiedy skończyłem i zrobiłem test wody patrząc czy rynna ma spad, siedziałem patrząc jak, było koło godziny szesnastej, idzie noc. Zeszły szarości, zrobiło się bardzo plastycznie, mocne kontury drzew były plątaniną, za którą widać było horyzont z jasnym, poszarpanym paskiem światła.

Przejrzałem pocztę i włączyłem YouTube chcąc odnaleźć jeden z utworów Terry’ego Rileya ale jakimś trafem znalazłem film dokumentalny o jego nauczycielu – muzyku Pandit’cie Pran Nath. (Napiszę o nim w następnym poście). Potem przyszedł deszcz. Wyszedłem z domu i poszedłem popatrzyć jak działa rynna. Działała. Woda kroplami spadała z krawędzi dachu, w wylocie odprowadzenia, które pociągnąłem aż do krzaków, na kamieniu na którym go zaparłem płynęła deszczówka. Potem trochę czytałem ale nie za wiele, ogarnięty poczuciem, że dokładnie, tak jakbym nadal robił jakąś konstrukcję, wiem co mam zrobić zaraz.

 

Previous post

Tu, czyli na przykład nigdzie

Next post

Na progu jaskini