Ostatnio poznałem artystę, który osiągnął wszystko co mógł osiągnąć. Jest znany, świetnie się sprzedaje, z pewnością przejdzie do historii sztuki. Być może nie jako jedno z kluczowych nazwisk ale przynajmniej autor prac, które wystawiane są w muzeach. Oczywiście, może nadal pracować i osiągnąć jeszcze więcej ale jako człowiek świadomy tego co robi wie, że w gruncie rzeczy ta strategia donikąd nie prowadzi. Kolejne lata będą tylko odtwarzaniem sytuacji, w której przyjdzie krótkotrwałe szczęście albo satysfakcja, obojętnie jak to nazwać, a potem znów nadejdzie zwątpienie. Postanowił się zapić. I zaćpać. Tak programowo. A w dniu, w którym go poznałem skończyłem czytać „Kadysz za nienarodzone dziecko” Imre Kertesza. Taki zbieg okoliczności.

Zdarzają się takie książki, które otwierasz i zaczynasz spadać. Spadasz zdanie po zdaniu wiedząc od niemal pierwszej strony, że to, co czytasz nie jest spreparowaną na potrzeby czytelnika narracją ale krystaliczną prawdą, która wali po głowie.

„Kadysz… ” to po pierwsze książka o doświadczeniu życia po Zagładzie. Nie o doświadczeniu Zagłady ale o doświadczeniu życia po niej. Bohater „Kadyszu…” – węgierski żyd, który przeżył Auschwitz nie umie żyć, tak jakby umarł, choć żył nadal. Jest taka kategoria ludzi, chyba najstraszniejsza, którzy przeszli przez obozy koncentracyjne i wyszli z nich żywi choć zostawili za drutami coś co można nazwać sobą. Żona głównego bohatera próbuje go wyciągnąć z tego stanu- bagna, w którym egzystuje- ale ilekroć ona wyciąga go, on za każdym razem decyduje się „puścić jej rękę i biec z powrotem na bagna”.

Jak więc trwa? Zamyka się w małym mieszkaniu w bloku z wielkiej płyty. Oddaje się książkom i pisaniu, bo jak mówi „przyłapałem się na tym, że piszę, muszę pisać, choć nie wiem dlaczego, fakt, spostrzegłem się, że pracuję bezustannie, jak szalony, zawsze pracuję, a zmusza mnie do tego nie tylko konieczność zarobienia na chleb, lecz fakt, że gdybym nie pracował, tobym istniał”. A na to chyba go już nie stać.

Po drugie „Kadysz…” to najdoskonalsza forma w jakiej objawić może się literatura. Czysta myśl, która goni kolejną. Trochę jak u Bernharda, z którego cytaty pojawiają się kilkukrotnie w tekście. Być może nawet Bernhard był duchowym ojcem stylu „Kadyszu…”. „Los utracony” – inna książka Kertesza – opowieść o dzieciństwie i trafieniu do obozu widzianego oczyma dziecka nie jest tak porywająca. Jest płaska: oto człowiek opisuje bezpośrednio i obrazowo dzień po dnu swojego zderzenia z Oświęcimiem. „Kadysz…” to mistrzostwo.

Ale jest to lektura trudna. Żadnych ulg, żadnych opisów. Ktoś kto szuka w prozie obrazów, po prostu się zawiedzie. Tutaj jest tylko myśl, która sprawia, że z każdym zdaniem coraz bardziej rozumiemy narratora w jego wyniszczeniu. I choć nigdy nie będziemy w stanie go zrozumieć do końca i tak jesteśmy rzuceni na kolana. Bo „Kadysz…” to metafizyczny traktat. Spomiędzy słów i długich, czasem niekończących się zdań wychodzi poczucie, doświadczenie tak doskonale oddane, że staje się doświadczeniem uniwersalnym. Obejmującym wszystko. Również czytelnika.

Po trzecie: sprawa twórczości jako metody wyzwolenia. Kertesz pisze: „Patrząc wstecz: chyba w pisaniu szukałem ucieczki (i nie bez przyczyny, sądziłem bowiem, że uciekam w inną stronę, kierując się ku innemu celowi, aniżeli naprawdę uciekałem i nadal uciekam), ucieczki i ratunku dla samego siebie, a poprzez to (mojego) świata materialnego czy, używając wielkich słów (mojego) świata duchowego i szansy zachowania go dla niego czy kogokolwiek innego- kto w przyszłości będzie się za nas czy (ewentualnie) z naszego powodu wstydził; i wreszcie musiała nadejść ta noc, że wśród ciemności ujrzałem i pojąłem naturę mojej pracy, która w istocie rzeczy nie jest niczym innym jak dalszym kopaniem tego samego grobu, który inni zaczęli kopać dla mnie w powietrzu […]”.

Mój kolega artysta, którego życie przestało mieć sens powiedział, że gorszy od śmierci jest brak życia. Czytajcie „Kadysz…” Kertesza. Nie dla zrozumienia istoty Zagłady ale dla zrozumienia życia. Bo Kertesz coś o tym wie. I umie to powiedzieć. Jak nikt inny.

Teraz trzeba skończyć. Wobec takich książek jak „Kadysz…” komentarze, jakby się nad nimi nie męczyć, będą zbędne i słabe. Kertesz wszedł za wysoko. To po czwarte.

 

 

Grafika: Google, CC BY 4.0

 

Previous post

Wirginia Woolf i śmierć ćmy

Next post

Jak umierała moja Gwiazdka