Cieszysz się na Wigilię choć dawno już nie jest tym czym była w dzieciństwie? To posłuchaj jak umarła moja Gwiazdka.

 Dokładnie wiem kiedy to się stało. To było w 1997 roku. Żyłem wtedy życiem studenta. Studiowałem, słuchałem elektroniki, piłem na umór, chodziłem po antykwariatach. Przeżywałem miłości, których dziś nawet nie pamiętam. Nie wiedziałem kim będę ale w zasadzie nie wiedziałem nawet kim jestem. To był czas paradoksów: skacowany po całonocnym balowaniu pisałem w swoim pokoju tak zwany list do Świętego Mikołaja. A tak naprawdę sporządzałem listę, która miała matce ułatwić procedurę zakupów.

Moja Gwiazdka umierała powoli. Rok po roku coś w niej gasło. Trwało to latami. W dzieciństwie miała jeszcze tajemniczą aurę. Coś jak światełko w głębokiej ciemności, którego mocy nic nie było w stanie zniszczyć. Zaglądając do stajenki, którą ojciec ustawiał pod choinką widziałem małą żarówkę okręconą fioletową krepą i nawet to, że w stajence wiły się kable doprowadzające prąd z bateryjki było na swój sposób spójne i wznoszące. Potem było gorzej. Kiedy miałem dziesięć lat- choinka, dawniej magiczne drzewo, okazała się iglakiem, którego sprzedawca z papierosem w ustach owijał sznurkiem, żeby łatwiej było zanieść ją do domu. Kiedy miałem piętnaście zauważyłem, że w rytuale siadania do stołu kryje się jakaś trudna do zdefiniowania umowność. Rok później nic już nie było magiczne. Zdziwiony byłem tylko tym, że matka przynosiła do domu żywą rybę. To, że ryba pływała w wannie, w której się kąpię było dziwne. Jeszcze dziwniejsze było to, że mój ojciec miał siłę ją zabić. Właściwie pozostały tylko prezenty.

W 1997 roku poprosiłem matkę o książkę. Chciałem otrzymać wydane kilka miesięcy wcześniej „Poezje zebrane Broniewskiego”. Nie było mnie stać na ten czterotomowy kompletny zbiór jego wierszy. Broniewski kosztował jakieś sto złotych a to była jedna czwarta mojego studenckiego kredytu. To było moje prawdziwe marzenie: wtopić się w wiersze Broniewskiego. Kiedy rozpakowywałem prezent czułem łaskotanie w brzuchu. Byłem tym nawet zażenowany: dziecięcą radością, której pomimo wieku nie umiałem się pozbyć. A potem z kolorowych papierów wyłoniły się ciepłe, nie inaczej, kalesony.

– Narciarskie – powiedziała z dumą matka- będzie ci ciepło. Była na nich nawet cena, której matka nie zdarła: kalesony były droższe niż książka, o którą poprosiłem. I wtedy zrobiłem coś głupiego: z kalesonami na kolanach powiedziałem: jak to? Kalesony? Dlaczego? Dlaczego nie Broniewski?

Matce było przykro. Mi głupio. Potem ta historia wracała w formie żartu. Wiadomo: złe wspomnienia lepiej przemienić w śmiech. Do dziś matka nie umie wytłumaczyć swojej decyzji. Ja: swojego głupiego zachowania. I nie, że byliśmy biedni a ja marzłem. Po prostu kupiła mi taki prezent jaki uważała za słuszny. Tak jakby nie było listu do Świętego Mikołaja. Nawet jeśli pisał go dorosły facet.

Tamtego wieczoru ostatecznie Gwiazdka umarła. Nie zostało z niej nic: nawet nadzieja na spełnienie marzenia. Ale potem narodziła się na nowo. Bo w gruncie rzeczy w całym tym święcie chodzi o zwykłe wybaczenie. Wybaczenie żenujących drobiazgów jakimi są pragmatyczne kalesony zamiast zbioru wierszy rewolucyjnego poety, potwornych ciosów jakimi są zdrady, nawet ciężaru śmierci, która tak długo jest ciężarem jak długo nie można się z nią pogodzić. Mając w sobie wybaczenie można budować magię Gwiazdki bez końca: rozpalać światło w mroku. Nawet jeśli zgaśnie owinięta w fioletową krepę żaróweczka zasilana bateryjką i zapadnie ciemność. Pieprzona, nieskończona ciemność. Nawet wtedy Gwiazdka będzie magiczna.

 

Gwiazdka- opowiadanie

Grafika: You Tube CC BY 4.0

 

 

 

 

Previous post

Kadysz za Kertesza i jego łopatę

Next post

Sen o Jarosławie Kaczyńskim