Hipnotyzer wprowadził mnie w trans, klasyczny trans hipnotyczny po którym zrozumiałem na czym polega ta technika i – co może się wydawać patetyczne – na czym polega zgoda na życie w iluzji.

Facet jest prawdziwym specjalistą. Kiedy mówi, jego głos przypomina stos poduszek i mało tego: wciąż robi się bardziej miękki. Do tego robił kursy z NLP czyli programowania neurolingwistycznego. Słowem: gdyby się zaparł, byłby w stanie sprzedać przypadkowemu człowiekowi łódź, silnik i komplet wędek.

W hipnozie interesujące jest to, że więcej czasu zajmuje wyjaśnienie krążących wokół niej negatywnych stereotypów niż zrozumienie faktycznego działania. Z drugiej strony trudno się dziwić: w obrazie kontrolującego sytuację hipnotyzera i jego pacjenta bezwładnie zwisającego z fotela jest jakaś ukryta, symboliczna przemoc.

Ciekawy jest również fakt, że hipnoza jest sztuką oparta na języku. Hipnotyzer prowadzi pacjenta słowem, sprawiając, że ten zapada się coraz głębiej w siebie. Oczywiście w używanym języku są zaszyte mechanizmy,  pozwalające na wprowadzenie w trans, niemniej narzędziem jest słowo.

Pierwsza hipnoza, w którą wszedłem była płytka: opowiadano mi o tym, co widzę przed sobą a ja to wizualizowałem. Pomimo starań, nie byłem w stanie wejść w trans. Miałem nawet, czemu się dziwiłem, lekkie wyrzuty sumienia.

Druga indukcja była o wiele silniejsza: hipnotyzer kazał mi naciskać swoją dłoń, cisnąłem a on zmuszał mnie, żebym robił to coraz mocniej. Siedziałem na krześle naciskając jego rękę aż w końcu puścił ją, w tym momencie punkt oparcia zniknął a moje ciało  poleciało do przodu – straciłem równowagę. I kiedy tak leciałem kompletnie zdezorientowany powiedział do mnie „śpij”. I zasnąłem. To klasyczna metoda: zaburzyć sytuację tak, by umysł na chwilę się zdezorientował i podać mu odpowiednią sugestię.

Zwisałem z fotela  bezwładny co w ogóle mi nie przeszkadzało. Czułem się świetnie. Byłem całkowicie świadomy co się dzieje: hipnotyzer opowiadał swoim spokojnym głosem o tym, że schodzę w podziemia i z każdym krokiem odczuwam coraz mocniejszy trans. To działało. Po czasie wystarczyło wyobrażać sobie schodzenie, by coraz bardziej zapadać się w siebie. Zwróciłem uwagę, że im dokładniej głos relacjonował wędrówkę: im lepiej opisywał fakturę ścian, zapach wilgoci, tym mocniej działa hipnoza. Miałem nawet tyle przytomności, by powiedzieć sobie: ha, język!

Ćwiczyliśmy to również na innych ludziach. Hipnotyzera poznałem w trakcie pracy nad  spektaklem, w którym wraz z reżyserem budujemy opowieść o  teatrze. Zastanawiając się jak można dokonać deziluzji teatru: jak można usunąć tekst dramatyczny, aktorów i scenę, reżyser postanowił zaprosić do współpracy hipnotyzera. Założeniem było, by zbudował on widzom spektakl poprzez zbiorową hipnozę. Ci, którzy przychodzili na próby, poddawali się. Niektórzy wpadali lekko, niektórzy mocno, niektórzy wcale, mieliśmy dwie dziewczyny, które tak głęboko zeszły, że można było je położyć tak, by tylko piętami i głową dotykały krzeseł. Regułą jest prosta: to czy hipnoza działa zależy od tego czy się zgadzasz na ten rodzaj współdziałania.

To nieprawda, że zahipnotyzowane osoby mogą na rozkaz wstać i zabijać nawet o tym nie wiedząc. Prawdą jest, że dobry hipnotyzer jest w stanie tak cię poprowadzić, by twoje imię zniknęło z twojej pamięci, zostało wymazane i po chwili, na jego znak, wróciło.

I co ciekawe: w każdej chwili można powiedzieć „wystarczy”. Ale jednak nie chce się tego robić.

Iluzoryczność okazuje się bardzo pociągająca. Ogarnia czymś na kształt półsnu, któremu bardzo łatwo się poddać. Słyszysz wszystko co dzieje się w sali, szepty ludzi, szuranie krzeseł, klakson na ulicy ale z każdym krokiem coraz bardziej chwytasz się głosu, który staje się ostatecznie jedynym narratorem i choć wiesz, że panujesz nad sytuacją, pozostajesz w tym dziwnym uprzedmiotowieniu. Ma to jakiś symboliczny wymiar myślałem patrząc na dziewczynę, którą hipnotyzer, bezwładną podciągał tak, aby nie spadła z krzesła. Scena mocno erotyczna, mroczna w swojej istocie: siła i bezwład, poddanie i sprawczość. Model zależności „niby panuję ale jednak nie panuję” odnaleźć można wszędzie. Decyzje polityczne, które podejmujemy choć wiemy, że politycy i tak nas wydymają, zaciągane kredyty rzekomo korzystnie oprocentowane. Mnożyć można w nieskończoność: dyktat reklamy, dyktat masy nad jednostką w serwisach społecznościowych, skład żarcia kupowanego w marketach. Zgoda na oszukiwanie samego siebie wydaje się o wiele ciekawszym aspektem niż samo oszustwo. Oszustwo jest zawsze proste, zgoda na nie: w sumie zastanawiająca.

 

fot: [własna, reżyser i hipnotyzer mówią sobie, że nic wokół nas nie ma]

 

 

 

 

 

Previous post

Piszę to, co tam widzę

Next post

Tekst jest milionem tekstów?