Od trzech miesięcy mieszkam w studwudziestometrowym mieszkaniu na Saskiej Kępie, które wynająłem za niewielkie pieniądze. Właściciel mówi, że cena najmu niska bo mieszkanie wystawione jest na sprzedaż. – Ale proszę się nie obawiać. Kwotę dałem zaporową i od dwóch lat nie znalazł się nikt chętny. Pomieszka pan.

Mieszkanie ma dużo minusów: ciepła woda jest tylko w wannie, drewniane okna są nieszczelne, w kuchni w szafce pod parapetem całymi dniami słychać ptaka, który próbuje dostać się przez piankę montażową do warzyw. Kiedy temperatura spada robi się przeraźliwie zimno. W kiblu śmierdzi z rur, parkiet na korytarzu faluje, pokoje są przechodnie. W jednym pomieszczeniu sufit się kruszy bo gdzieś w stropie idzie woda.

Mieszkanie ma jeden plus: wspaniale się tu żyje. Pieprzona bajka.

Cały ranek czytam o Dzogchen, praktyce prowadzącej do stanu umysłu, który Tybetańczycy nazywają „Wielkim szczytem”, „Doskonałym oświeceniem”, „Wielką kompletnością” (to z Wikipedii). Dzogchen jest trudne ale jest w zasadzie proste: prowadzi do wyzwolenia. Z grubsza rzecz biorąc: każdy gest i każda myśl muszą być czyste jak łza.

Mogę od teraz to praktykować. Dlaczego nie? – myślę.

O dwunastej dzwoni telefon. Odkładam książkę. Właściciel mieszkania pyta czy jestem w domu.

– Jestem – mówię.

– Chciałbym przyjść na chwilę. Mam klientów, zajmiemy parę minut.

Pojawiają się w trójkę. Kobieta ze śmiejącymi się oczyma, jej partner: w przeciwsłonecznych okularach, których nie zdejmuje. No i właściciel. Chodzą po pokojach, wychodzą na taras, patrzą na popękany sufit. Oglądają w kuchni szafki z lat siedemdziesiątych. Ona dotyka ściany w miejscu gdzie odpadł kafelek. Kafelki są starsze niż szafki. Wyglądają jakby projektował je Hans Rudolf Giger, ten od scenografii „Obcego”. Ptak w szafce niestety robi przerwę w dziobaniu.

Idę do pokoju i udaję, że pracuję. Próbuję dalej czytać ale nie mogę się skupić. Przychodzą się pożegnać.

– Piękne mieszkanie – mówi ona. – Chyba się zdecydujemy na kupno. Widzę wiele mankamentów ale generalnie bardzo nam się podoba. Ale – tu zawiesza głos – ważne dla mnie jest jak tu się mieszka, jak pracuje. Jaką to mieszkanie ma aurę. To dla mnie najważniejsze. Jak się panu tu mieszka? Dobrze?

Patrzy na mnie z wyczekiwaniem swoimi śmiejącymi się, czystymi oczyma.

Otwieram usta.

Previous post

Minister, który głośno bełkocze.

Next post

Pogrzeb konia jako polityka