Spędziliśmy noc przy ognisku. Kwas rozlewał się w nas dość długo,  bardzo długo. To była domowa samoróbka: barwna, rozmyta kropla spuszczona z pipety na kartonik. Nie dało się go pogryźć, nie chciał się rozpuścić. Półtorej godziny, dwie, trzy, nic. Zjadłem jeszcze połówkę zakładając, że nic już się nie wydarzy a potem gdzieś koło trzeciej w nocy rozlało się i ogarnęło. Spłynęliśmy. Nie był wizualny, był bardziej miękki, nastawiony na złagodzenie wszystkich ostrości. Drzewa oświetlone płomieniem ogniska jarzyły się ciepłą barwą, za jabłonią księżyc, który jeszcze nie wszedł w pełnię- brakowało mu dwa, może trzy dni- był wyraźnym punktem: żywym, jasnym punktem swobodnie wędrującym po niebie. Widać go było przez gałęzie drzewa, potem koło piątej wyszedł na czyste niebo i rozpalił się bielą. Zrobiło się o wiele jaśniej. Nie pamiętam o czym rozmawialiśmy. Skupiony byłem na łapaniu tej spójności, która się działa, na słowach, i obrazach; wszystko doskonale się spinało, łączyło w jedno. Poruszenie, które przychodziło ustępowało po chwili, żeby kolejne zdanie mogło je znów przywoływać nadając całej rozmowie jakiś głębszy sens. Nawet kiedy szedłem po drewno, żeby dorzucić do ognia, w świetle żarówki potężna przestrzeń stodoły wypełniona gratami była nie tyle porządkiem co przejmującym spokojem.

Kiedy przyszedł świt zebraliśmy się. Wejść teraz, w takim stanie w dzień byłoby błędem. Poszedłem jeszcze z nią na drogę. Było pusto. Na tej drodze zawsze jest pusto, wieś jest mała- zaledwie siedem domów na odcinku pięciuset metrów. Dookoła równina. Wziąłem rower i ruszyłem przed siebie w stronę lasu. Po obu stronach pola były pokryte mgłą, cienkie smugi pary unosiły się w niebieskim powietrzu. Dzień, który zaraz miał się zacząć będzie gorący. Za ostatnim domem, tam gdzie asfalt się kończył i zaczynała polna droga zawróciłem. Wysokie trawy kołysały się całe w rosie. Stałem tak przez chwilę patrząc i wróciłem do niej. W szlafroku w chińskie znaki fotografowała autobus. Jeździ nim jej ojciec. Stary Autosan, może trzydziestoletni a może nawet starszy, z tabliczką „szkolny” na przedniej szybie. Wozi nim dzieci do szkoły specjalnej. Mówiła mi, że wszystkie traktuje równo. Znam go- jego oschłość przez którą przebija pogoda ducha. Ponoć jeden z chłopców z mocnymi zaburzeniami zmienił się dzięki tym dojazdom tak, jakby ktoś po raz pierwszy mówił do niego zupełnie nowym językiem i ten język minimalne go obudził.

Weszliśmy do środka. Małym aparatem robiła zdjęcia czerwonym zasłonom, fotelowi kierowcy i wszystkim tym małym udogodnieniom: długopisom zatkniętym w jakieś szpary, proporczykom, karteczkom z godzinami odjazdów, butelkom wody wciśniętym tak, żeby nie przewracały się w czasie jazdy. Był tam nawet obrazek świętego Krzysztofa: miniatura z mosiądzu przyklejona do tapicerki. Dla mnie wnętrze było zbyt dosłowne: rzędy czerwonych foteli i okna przez które zagląda światło dnia. Wyszedłem na zewnątrz chcąc uciec tu jednak było tak samo. Czas przy ogniu, w delikatności doznań się skończył; dzień wstawał i najlepiej byłoby iść się gdzieś schować, zasnąć ale to nie była jeszcze pora, jeszcze nie teraz, teraz się jeszcze nie da. Chodziłem pomiędzy drzewami owocowymi, patrzyłem jak otwierają się przede mną kolejne zaułki pełne splątanych gałęzi ale wszystko to było już pozbawione pełni, która jeszcze chwilę temu była tak bardzo namacalna. Zimno. Zimne kolory. Szorstko. Niewygodnie. Dzień, który się jeszcze nie zaczął, noc, która się jeszcze nie skończyła.

Położyłem się na asfalcie. Był chropowaty. Skręciłem papierosa. Dym był gorzki, paliłem powoli nachylając się do dłoni i rozglądając się jak wampir, który poddał się wiedząc, że przed pierwszym promieniem słońca już nie ucieknie. – A więc tak – pomyślałem. Nie byłem w stanie nawet skończyć tego zdania. A więc tak. To jest właśnie ten moment. Atrakcyjna ułuda kończy się, wszystko jest nagie i nagość objawia całą swoją prostotę. Jest wszędzie. Doskonała, przejmująca nagość.

Być może ten chłopiec, myślałem, do którego kierowca mówił, faktycznie wydarł się jakimś cudem sam z siebie. Gdzieś w jego mózgu, pod wpływem nowego bodźca, nieużywane synapsy zadziałały i poszedł nimi delikatny ożywczy prąd, po którym wszystko stało się o wiele bardziej klarowne.  To byłoby doskonałe: taka koncepcja, w końcu zobaczyć. A potem wyszło słońce. Objęło wszystko: sad i jego ciemnozielone liście, kupę piachu, którą zwieziono na wypadek jakiegoś remontu, który nigdy się nie odbył, druty wysokiego napięcia biegnące nad polami. Promień błysnął zza cienkiej linii lasu, który z tej odległości wydawał się jedynie falującą linią wyrysowaną niewprawną ręką dziecka.

 

 

 

 

Previous post

Robiłem to źle

Next post

Sprawa pewnego wulkanu