Czarnobyl jest blisko. Bardzo blisko. Już to widać. Jego siła wyrzuciła ludzi z domów, wyniosła ich gdzieś na północ. Wieś jest martwa. Przyroda ją zdusiła. Wszędzie chaszcze. Budynek poczty zamienił się w pustostan z zabitymi dyktą oknami. Przed budynkiem plac. Bez problemu da się na nim zawrócić samochodem. Pojawiają się psy. Cztery albo pięć. Każdy inny. Potem przychodzą siostry. Ich twarze są zmęczone ale ożywione spotkaniem gestykulują. Zapraszają do siebie. Będą jajka, kiełbasa, herbata. Gość w zonie. To rzadkość. Ludzie się boją promieniowania. Trzeba świętować.

Mieszkają oddzielnie. Ta, która przepracowała życie na poczcie mieszka dalej. Jej dom jest mały. Kuchnia też. Nie ma bieżącej wody. Kuchenka gazowa postawiona jest w zupełnie przypadkowym miejscu: przy wejściu. Tak jakby sił nie starczyło, żeby butlę zaciągnąć w głąb. Jej dłonie są pokryte plamami. Ścięgna i chude mięśnie. Dziwne, że potrafią rąbać drewno. Sterta gałęzi leży na podwórku, ona z siekierą wokół tej sterty, wybiera, ciągnie, gałęzie się plączą. Jeszcze rozpalić ogień pod piecem. W kuchni z kartonów i słoików ustawionych pod ścianą wybiera produkty i kładzie na taborecie. Klęka na ziemi i w misce zarabia mąkę z wodą. I mówi. Strasznie dużo. Co chwilę wstaje z kolan narzekając na bóle i macha ręką białą od mąki. Mąka wiruje w powietrzu. Pozwala się rozejrzeć. Ale niechętnie: wstydzi się domu.

Dom to tylko dwa przechodnie pokoje. Pierwszy przedzielony zasłoną rozpiętą na sznurku jest jednocześnie jadalnią i sypialnią. Drugi jest pokojem jej męża. Mąż umiera. Ma raka. Ale rak nie jest następstwem Czarnobyla. Te choroby od elektrowni to bajka- tak mówi kobieta. Pokój w głębi należy do niego. Mężczyzna nawet nie wzdycha. Szafka zastawiona fiolkami, szare, pocerowane pierzyny, których rąbek dało się dostrzec z progu. Tam się nie wchodzi.

Pomimo, że nie wstaje z łóżka, jest tu i tak. Tak jakby wypuścił swojego ducha, który gdzieś z góry patrzy na nieoczekiwanego gościa. Nawet kiedy pojawia się druga siostra i obie szybko, technicznie rzucają na olej kulki mięsa i piersi kurczaka, jest między nami. Jego milcząca obecność trwa nad stołem pokrytym ceratą, na którą zamaszystym ruchem zarzucają dziurawą ale wykrochmaloną serwetę. Z kredensu zdejmują dodatkowe, nieużywane na co dzień szklanki, przecierają je fartuchem. Wciąż czegoś szukają. Nieużywana materia rozpełzła się swoim własnym niewidocznym dla oka tempem. Głębokie talerze są zupełnie gdzie indziej, widelców brakuje, nie ma kieliszków. Biegają na zmianę do kuchni i tam giną w kłębach błękitnego dymu, który zasnuł wnętrze. Potem wychodzą na podwórze po wodę i jajka.

Zostaję sam. A więc tak to wygląda. Szafa politurowana, która dostała liszaju tam, gdzie słońce omiatało pokój wpadając przez okno. Zasłony i makaty na ścianach wyblakłe. Przeszklona witryna wypełniona przedmiotami trzymanymi z pieczołowitością kogoś, kto boi się, że jeśli odejdą przedmioty, zostanie czymś na kształt zwierzęcia. Takiego jak ten wilk, który przychodzi do wsi każdej nocy. Odszczepieniec, który włóczy się bez celu w zupełnej samotności. Więc przedmioty ratują. Deskowana podłoga ugina się pod krokami, ściany pomalowane pędzlem we wzorzyste znaki pęcznieją od wilgoci. W wychodku na gwoździu rwane, pożółkłe gazety z końcówki lat osiemdziesiątych. Siekiera wbita w pień.

Za domem ścieżka zaczyna się rwać. Po chwili trzeba torować sobie drogę rękoma. Przez korony akacji spada zielone, soczyste światło. Pod drzewami stoi gmach szkoły, dwupiętrowy, ogołocony z okien i drzwi. Wszędzie gruz. W korytarzu głównym leżą pojedyncze meble. Ktoś wyciągnął je z sali ale nie miał już siły targać ich dalej. Buty, podręczniki- wszystko rozrzucone. W sali gimnastycznej przestronnej i jasnej boisko do kosza zamieniono na śmietnik. Tablice do koszykówki pozbawione sznurkowych siatek nadal tkwią w swoim miejscu. Reszta jest przypadkiem. Przez okna wchodzi powój. Łapie futryny, przenika do wnętrza, fragmenty ścian już są pokryte plątaniną pnączy i liści. Pejzaż romantyczny: resztki budowli i działanie czasu. Na zewnątrz słońce przekornie wysyca każdy kawałek martwej materii życiodajnym, radosnym zielonkawym światłem.

Wieczorem siostry zamykają kury i ryglują bramę. Robi się chłodno. Od lasu, który teraz jest ciemną i groźną ścianą idzie chłód. Chłód pełźnie po ziemi jak żywe zwierzę. Patrzymy na niebo. Nad lasem stoi jasny punkt: Wenus. Dwa miesiące temu można było obserwować jej tranzyt: przejście przez tarczę słońca. Wenus – najjaśniejszą z najjaśniejszych nazywano tu Chagir. Wielki Wóz nazywał się Stozharov, Pas Oriona- Kigah. Gwiazdy miały tutaj własne imiona, które przetrwały tysiąclecia. Ich indeks pojawia się w tajemniczym, osiemnastowiecznym kalendarzu w Supraślu gdzie towarzyszy im astrologiczny komentarz stwierdzający jakoby Chagir „dziesięć razy występowała w miesiącu i po trzykroć do każdego miejsca przychodziła w tym czasie”. Według wyliczeń astronomów następny tranzyt Chagir odbędzie się w 2117 roku. Nie wiem czy ktoś będzie jeszcze pamiętać jej nazwę.

Idziemy jeść- mówią babcie. Już czas.

Siostry podnoszą kieliszki słodkiego wina delikatnie w dwa palce, szkło cicho dźwięczy, piją maleńkimi łykami. W zasadzie moczą usta. Są zupełnie inne. To nie jest tylko kwestia zdjętego fartucha i poprawionych przed poczerniałym lustrem włosów. W czasie świętym czas człowieka się nie chwyta i one zupełnie jak zalotne, młode siostry, które dobrze rokują, stanęły na środku pokoju tam, gdzie podłoga się najbardziej gnie i trzymając się w pasie śpiewają. Mają mocne głosy i przy każdym zaśpiewie, delikatnie kościste biodro do kościstego biodra, mocno się kołyszą. Tak płyną.

Kiedy zasypiałem myślałem o tym starym człowieku, który leży pod kołdrą czekając, aż natura wyrówna swoje sprawiedliwe rachunki. Nie wiedziałem czy spał czy czuwał ożywiony śpiewem swojej żony. Ale jeśli prawdą było to, że w młodości całe wieczory spędzali z młodzieżą ze wsi tam, nad jeziorem nieopodal poczty, tej nocy musiał tamten czas do niego wrócić. Może w formie snu, w którym znów, taki młody i wierzący w życie jako niekończącą się formę trwania, ciągnie do akacjowego zagajnika młodą dziewczynę ze swojej wsi, która właśnie dostała pracę na miejscowej poczcie.

Szkoła bladym porankiem wygląda jeszcze smutniej. Ze wsi droga prowadzi przez las. Potem zaczynają się pola. Miedza rozjeżdżona ciężkim sprzętem. Ciężarówki. Kursują w tumanach kurzu. Wjeżdżają do zony po drewno i zboże. Po dziesięciu kilometrach pojawia się punkt kontrolny. Żeby wyjechać z zony ciężarówka musi wdrapać się na rampę. Maszyna z wyciem silnika wspina się, ludzie w kombinezonach zlewają koła i podwozie. Jest gorąco. Kamaz wyniesiony dwa metry nad ziemię wygląda jak pomnik spalinowej siły. Samochód ocieka a faceci siadają na murku, zdejmują maski, piją wodę i palą. Brygada składa się z pięciu ludzi. Transport przyjeżdża co chwilę. Są żniwa. Nie boicie się? Czego? Promieniowania? Są maski. Co wieziecie? Jak to co? Zboże, są przecież żniwa. Zboże z zony? A co? Kto pozwoliłby takim obszarom się marnować? I Białorusini będą to jeść? Śmieją się. Nie będą. To wszystko na eksport.

W oddali biegnie łoś. Z trudem daje się go zakwalifikować. Baśniowy stwór z porożem, które wygląda jak pęk łopat związanych sznurkiem. Sunie przez radlinę w lekkich podskokach. Byk na nogach chudych jak patyki. Biegnie tak na tych pałąkach bujając się jakby sam chciał siebie ośmieszyć, zupełnie niepodobny do niczego, sam w swojej formie doskonały. Radość życia, która rozsiewa się na wszystko dookoła.

ZapiszZapisz

ZapiszZapisz

Previous post

Bez uszczerbku w strukturze

Next post

Zmęczenie i dmuchany zamek