Kilka dni temu zostałem skontaktowany z człowiekiem, którego wcześniej nie znałem. Posiada on w swoim domu hełm i słuchawki dzięki którym można przenieść się w odległe miejsce. Stojąc koło kaflowego pieca w jego mieszkaniu szedłem po płaskim i białym krajobrazie Księżyca. Za cel niemal natychmiast obrałem niewysokie wzgórze majaczące w oddali. Idąc w jego kierunku z ciekawością wyłapywałem detale. Nawis skalny, na który nie dało się wejść ominąłem łukiem, przeszedłem rozpadlinę, wszędzie dookoła mnie były drobne skały. Przyglądałem się tym ostrym, nieforemnym kształtom leżącym na płaskim poruszony tym jak przesuwają się z każdym moim krokiem. Im dalej szedłem tym coraz bardziej czułem że jestem częścią spektaklu a nie jedynie obserwatorem. Nie byłem już tym, który stoi w płaszczu i kasku koło kaflowego pieca w niewielkim mieszkaniu a raczej kosmicznym, uśmiecham się teraz, wędrowcem. W końcu, kiedy wszedłem na wzgórze, ruszyłem do urwiska. Szedłem plateau czekając niecierpliwie aż otworzy się przeciwległe zbocze. Uczucie było tak realne, że odnalazłem je w przeszłości: to podniecenie kiedy wychodzisz z wąskiej ulicy i otwiera się widok na plac albo kiedy w trakcie pieszej wędrówki las się kończy i otwiera równina. Patrzyłem na tą płaską i bezkresną przestrzeń, białą i zamknięta linią horyzontu nie umiejąc dokładnie powiedzieć gdzie i dzięki czemu idę. Kiedy zdjąłem hełm i odłożyłem na stolik chciałem opowiedzieć o swoim doświadczeniu ale słowa nijak się nie układały. Nie mogłem ostatecznie wyjść poza emblematy, które wcale nie pasowały do tego zdarzenia. Rozmawialiśmy chwilę o piecu i tej męczącej powtarzalności wnoszenia węgla na piętro. Kiedy jednak szedłem w dół klatką schodową stawiając kroki cicho, żeby nie budzić ludzi pomyślałem, że większą iluzją od tego kasku jest zgubne przekonanie, że moje ciało należy do mnie. Moje zmysły – myślałem – są jak ukryte dobro, z którym przy odrobinie złej woli można zrobić wszystko. Nie różnię się w zasadzie od tych ludzi, którzy, kiedy szedłem klatką niemal w środku nocy, spali jak się domyślałem w swoich łóżkach. I oni i ja, choć nie śpię, zatopieni jesteśmy w niewiedzy. Jeśli moje ciało nie należy do mnie a moje zmysły mogą być oszukiwane, oszukiwane są ciągle. Być może prawdą jest, że jesteśmy jednocześnie wszystkim: nie tylko ciałem ale i otoczeniem, klatką schodową, domami, nie przez prawa fizyczne a brak prawa do bycia jednym w ciele i umyśle. Dziwne to. Całkiem dziwne. Pewne jest, że w tej przestrzeni, otwartej i pustej, w której się znalazłem nie ma żadnego pewnika. Raczej już nigdy nie będzie. Pewnik może zaistnieć jeśli jest punkt, w którym się stoi. Ale gdzie stoję? Z którego punktu patrzę? Tego nie wiem. Zresztą: nie ma nad czym się zastanawiać. Jest tyle pięknych, sztucznych, obrazów do zobaczenia. I będzie ich coraz więcej.

 

Grafika: Wikipedia

 

Previous post

Za tymi drzwiami

Next post

Kilka uwag o konstruowaniu